poniedziałek, 9 września 2013

XLI. Trzy metamorfozy

„Być spa­dającą gwiazdą w czyichś marze­niach i spełniać każde życzenie.”
Barbara Rosiek

Na wierzchu byłam Sakurą Haruno – niedojrzałą matką, dzieckiem utkwionym w ciele kobiety, osobą, której każda decyzja podlegała zakwestionowaniu. Poczułam się odrobinę jak Sasuke. Ukrywałam w sobie mrok, moją własną ciemną stronę osobowości. Ukrywałam zamęt i tysiące myśli, jakie mi się narzucały. Upodobniałam się do kogoś innego, co było tymczasową koniecznością. Ino zapragnęła mnie odwiedzić, natomiast ja z dnia na dzień nie mogłam porzucić natury osławionej wśród znajomych. Musiałam zdobyć się na coś, z czego słynęli Uchiha. Ukrycie nowych skaz.
Ubolewałam nad obecnością Hinaty. Dziwnym trafem ona także nabrała chęci na składanie wizyt. Ale zdążyłam ją przejrzeć. Znałam prawdę. Hinata wykorzystała Ino, żeby u mnie zapunktować. Wiedziała, że przy niej nie dam po sobie niczego poznać – choć wtajemniczenie Yamanaki było jedną z alternatyw na przyszłość.
 - Nie wyglądasz najlepiej – oceniła Ino, nie mając pojęcia, że jestem stosownie usprawiedliwiona. – Jesteś strasznie blada… i spięta.
I okropna w skrywaniu targających mną emocji.
 - Zdaje ci się – odrzekłam z rozbawieniem.
Kocham cię.
K o c h a m  c i ę.
Ren i Sasuke toczyli bitwę. Bitwę o moje uznanie. Ledwie skoncentrowałam się na jednym z panów, a już drugi przybywał w odwecie za odrzucenie. Przymykałam oczy i pojawiały się ich twarze. Obie w chwili, kiedy uznali, że jestem godna tych pięknych słów.
Kocham cię.
Satoshi wbił się między walkę ojców, bełkocząc coś, bez szczególnego znaczenia. Raczkował po kanapie obok mnie i chyba ubzdurał sobie, że gdy dosięgnie szczytu oparcia, wszystkie trzy wynagrodzimy go oklaskami.
 - Ale wyrósł – bąknęła Hinata. Zaczerwienienia pod oczami zdradzały nieprzespaną noc. Dzisiaj nie wyglądała jak żona Szóstego, skojarzyłam ją raczej z dziewczyną z sąsiedztwa. Miała na sobie luźny top i dresy, ponadto swoje lśniące włosy zwinęła w węzeł na karku. Topiła się w miękkości mojego fotela, a jej wzrok naprzemiennie błąkał się to po mnie, to po Satoshim.
Ino rozciągnęła się jak kotka, ziewając. Wkrótce poderwała się z drugiego siedziska i przykucnęła przed kapaną.
 - Kochany malec. – Jej palce przebiegły po rączce mojego syna, który właśnie zaprzepaścił swoją szansę na dotknięcie szczytu oparcia. Jego wielkie, szmaragdowe oczy zatrzymały się na Yamanacę. – Ale twój ojciec to ciemięga. Dobrze, że odziedziczyłeś po nim tylko kolor włosów.
Hinata zerknęła na mnie wymownie.
Ojciec Satoshiego nie jest ciemięgą!, zapragnęłam dodać. Jest potężnym Ninja, szanowanym obywatelem i porządnym człowiekiem, który zwyciężył, mimo brzemienia na barkach. Och, jak bardzo chciałam upomnień Ino, żeby nie obciążała Sasuke uchybieniami Rena.  Chciałam go też wybronić, lecz odezwała się nowo zaaplikowana blokada. Jeszcze nie czas, Sakura…
 - Weźmiesz go dzisiaj do siebie? – zapytałam Ino.
Twarz momentalnie jej zrzedła.
 - Nie dam rady. Mówiłam wam o tym tajemniczym liścisku? Muszę czym prędzej spotkać się z moim wielbicielem.
 - Kiedy? – Nie kryłam swojego gniewu. Teraz przyjdzie mi domagać się pomocy od państwa Uzumakich.
 - Za godzinę. Nie będzie cię w domu?
Pokręciłam głową, a wzrok Hinaty znów przenikliwie mnie otaksował. Nie potrafiłam wyjaśnić sobie, dlaczego moje serce tak nagle zatrzepotało w piersi. Prawdopodobnie przyczyna leżała gdzieś głębiej, w nieświadomych wizjach, które podsuwała mi wyobraźnia. Ja, Ren, zachód słońca, a przede wszystkim Sasuke, którego mi brakowało. Ranek wstał już dawno, a Itachi zawiadomił mnie, że przywlecze ojca Satoshiego do południa.
 - Sakura? – Mrugnęłam, ponieważ coś pstryknęło mi przed oczami. Ino odsunęła dłoń i spojrzała na mnie z troską. – Jesteś blada, spięta i nieobecna. Powiesz mi o co chodzi, czy muszę wcielić w życie swoje szpiegowskie zdolności?
Udałam obruszenie, ot tak. Kiedyś w ten sposób reagowałam na pozornie bezpodstawne oskarżenia.
 - Nic mi nie jest. Miałam ciężką noc. Satoshi… nie mógł zasnąć – powiedziałam, przypisując synowi własne dolegliwości. – Tak czy inaczej, nie dasz rady zaopiekować się nim na godzinkę?
 - Mogę się nim opiekować całą wieczność! To najbardziej urocze stworzenie pod słońcem! Niestety, nie wiem ile potrwa moja rozmowa z autorem liściku. Mogę nie zdążyć wrócić. Lepiej nie ryzykuj, Sakura. Cha! Uśmiechniesz się dla cioci Ino, brzdącu? – zaczęła droczyć się z Satoshim. Ostatnimi czasy pomalutku wychodziły na jaw prawdziwe fakty z mojego zatajonego skrawka życia, mimo ich wagi i absurdalności, potrafiłam z rozbawieniem obserwować dziwactwa, które wyczyniała moja przyjaciółka. Patrzyłam też na Satoshiego – wciąż był moim synem. Miał pękate policzki, skradł mi kolor oczu, a jego roześmiana twarz do tej pory cieszyła się rozgłosem wśród znajomych. Tego dnia, jak zawsze, wsunęłam go do pstrokatych śpioszków, a on podskakiwał na moich kolanach, zniecierpliwiony i pochmurny. Nie znosił tych zabiegów, mimo ich konieczności. Satoshi był tym samym, nieposkromionym maluchem, a codzienność w ogóle się nie przeinaczyła. A jednak robiłam to – zestawiałam go z ojcem, podobnie jak czyniłam to dawniej w przypadku Rena. Patrzyłam na syna, myśląc o jego oliwkowej karnacji, która była doskonałą kopią tej od Sasuke. Patrzyłam na jego nieśmiało wzbijające się wzwyż włoski, czarne jak heban, szpiczaste jak u prawdziwego Uchihy. Patrzyłam jak nieporadnie usiłuje objąć rączką wystawiony z rozmysłem kciuk Ino i machinalnie przypomniałam sobie o moich sherlockowych odkryciach. Oboje usypiali z dłoniami zwiniętymi w piąstki – Satoshi i Sasuke.
Przez ujawnienie samej sobie tych faktów, odczułam wstręt i rozczarowanie. Byłam zaślepiona. Myślałam tylko o własnym nieszczęściu, niespełnionej miłości i odrzuceniu. Lękałam się jak nic innego skazania na rolę samotnej matki. Nie przywiązywałam wielkiej wagi do samopoczucia najbliższych. Owszem, pojawiło się parę sygnałów ostrzegawczych, ale nigdy ich nie uwzględniłam.
Byłam egoistką. Samolubną, nierozsądną dziewczynką, która za pośrednictwem jakiegoś nieporozumienia znalazła się w ciele dojrzałej kobiety.
Poczułam jak wisi na mnie spojrzenie Ino. Gdy je odwzajemniłam, przyjaciółka przechyliła głowę w bok, udając zaintrygowaną.
 - Kim jesteś i co zrobiłaś z prawdziwą Sakurą? – rzuciła żartobliwie.
Ale ja jej odpowiedziałem.
 - Jest tutaj, właśnie dojrzewa.  
To wyznanie napotkało się z dwiema, odmiennymi reakcjami. Ino prychnęła, nieprzekonana. Nieświadoma! Nieświadoma moich przygód. Hinata zaś nagle się odprężyła. Wydawać by się mogło, że do tej pory przepełniało ją od środka zbędne powietrze, jak balonika. Moje słowa były dla niej pokrzepieniem. Były igłą, która wbiła się w jego nawierzchnię, spuściła to, co niepożądane i rozluźniła panią Uzumaki.
Nawet Satoshi sprawiał wrażenie na tyle pojętnego, żeby zrozumieć diametralną przemianę matki. Dziecko wspięło się na moje kolana i roześmiało bez powodu.
Naruto miał rację. Wydoroślałam. Michigatta mnie odmieniła, Sasuke mnie odmienił, Ren też maczał w tym palce. Cały pobyt na wyspie był jednym, wielkim procesem transformacji. Pomógł mi zobaczyć, że nie jestem jedyną pokrzywdzoną przez przeszłość. Moi bliscy cierpieli. Poczułam się podle z myślą o tym egocentrycznym nastawieniu.
I nagle dotarły do mnie słowa Ino:
 - Hmm, a więc ponownie rozkwitłaś, Sakura – szeptała, poświęcając uwagę Satoshiemu. Na jej twarzy widniał jednak delikatny uśmiech. – Dobrze wiedzieć.
 - Ino… - Oczy mi się zaszkliły. Ach, wolałam nawet nie sięgać pamięcią do czasów początku przyjaźni z Ino, żeby bardziej się nie rozczulić.
 - Och, nie becz mi tutaj – zbeształa mnie. Rzuciwszy tęskne spojrzenie ku Satoshiemu, ulokowała się w wolnym fotelu, non stop uśmiechając. – To te powiązanie z Sasuke tak na nią podziałało? – zapytała Hinatę.
A ona potaknęła z chichotem. Zrozumiałam! Zrozumiałam, że nie jestem tak konsekwentna jak Sasuke i przebaczę przyjaciołom wcześniej, niżby należało. 
Ino przewróciła oczami.
 - Serio? Znowu uległaś urokowi Uchihów?
 - Hej! Co z tobą? – zaoponowałam. – Przecież kiedyś rywalizowałyśmy o względy Sasuke.
 - Kiedyś, kochana – uściśliła. – Nie zauważyłaś jak wszystko się pozmieniało? Shikamaru zniknął z Temari, ponoć oboje czynnie udzielają się Sunie. Nie do wiary, że kobieta w końcu poruszyła tego lenia. A Chouji? Jasna cholera, ten się wziął za odchudzenia. Słyszałam, że stracił już parę kilo, ale odseparował się od świata, żeby zrobić na nich większe wrażenie swoją przemianą. A Naruto Uzumaki został Hokage, no koń by się uśmiał! A Hinatka go poślubiła, czego akurat jej gratuluję…
A ja przez półtorej roku nieświadomie wychowywałam potomka Uchihów, przerwałam jej w myślach, ale, o zgrozo, nie powiedziałam tego na głos.
 - Pomyślałabyś dawniej, że ci wszyscy ludzie tak skończą? – dodała.
 - Nie – odparłam. – ale w każdym z nas została cząstka z dzieciństwa.
 - Naruto wciąż jest tępy – westchnęła Hinata.
 - Ty, Sakura, ciągle jesteś nierozgarnięta – zarzuciła mi Ino. –  A Ren wciąż jest odporny na uroki własnego syna.
Postanowiłam tym razem stawić się za Kanoe:
 - Dawniej był inny. Kochał poznawać świat, kochał śpiewać, kochał rysować…
 - Rysować ciebie. – Ino spróbowała wyrazić się ostro, w końcu mowa tu o Renie, antagoniście mojego życia. Wyobraziłam sobie jednak jak z wolna docierają do niej wspomnienia. Gdy prawiła tyrady na jego temat; zachwalała rodzinną urodę, zazdrościła talentów. Zawsze wałkowała kwestie jego szkiców – marzyła, żeby ją narysował. Właśnie to wpłynęło teraz na rozwinięcie jej tęsknego uśmiechu. – O rany, to były czasy. Myślałam, że będziecie ze sobą już na zawsze. – Poddała się fantazjom. - Nie zabij mnie za to, co ci teraz powiem, ale wydawało mi się, że Ren zawsze czuł coś więcej. Sposób w jaki na ciebie patrzył…
 - Hej, dziewczęta! – Hinata weszła jej w słowo. Momentalnie przejrzałam zamiary Uzumaki, kiedy na jej twarz wkradło się współczucie. Odrzuciła je jednak pośpiesznie i podjęła: - Znam kogoś, kto zmienił się na tyle, że nie została w nim żadna namiastka z dawnych czasów.
 - Kogo? – zdziwiłam się.
Ino nadstawiła ucha.
 - Itachiego! – Uzumaki wymówiła jego imię nieomal ze czcią. Niemniej stwierdzenie nie podlegało dyskusji – faktycznie, przemiana tego Uchihy była czymś wyjątkowym. Do teraz zastanawiało mnie dlaczego Itachi niweczy reputację, na jaką elitarny klan Konohy pracował prawdopodobnie od samych jego początków. Wcale nie uznawałam tego za błąd. W gruncie rzeczy chlubienie się znajomością wygadanego Uchihy miało swoje jasne strony.
Gdy tylko padł temat Itachiego, Ino w mig postanowiła to wykorzystać. Gawędziła z Hinatą, wspominając pierwsze jego sugestie o pozmywaniu nauczyć. Cha, ten widok bawił mnie po dziś dzień. Mimo to wzięłam Satoshiego w ramiona i poczłapałam do okna. Rozżarzył się we mnie promyczek nadziei. Może przyjdzie do mnie lada moment. Może z odsłoniętym w uśmiechu szeregiem zębów przyjmie Satoshiego. Może zdradzi, że zaczyna darzyć go rodzicielskimi uczuciami.
Odtrąciłam zasłonę i wyjrzałam na dwór. Satoshi zainteresował się frędzlami firany, toteż zdecydowałam się wziąć udział w zabawie i jakoś urozmaicić mu próby chwycenia materiału. Kołysałam nim przed jego oczami, słuchając dziecięcego śmiechu – najpiękniejszej melodii dla matki. Niedługo potem otaksowałam widoczną zza szyby dzielnicę Awayaki. Pogoda dopisywała, choć wczorajsza ulewała dała we znaki. Niebo osłoniło się tarczą chmur. Niestety na brukowanych ulicach nie widziałam żywego ducha. Dopiero potem przyuważyłam jakieś starsze małżeństwo, pałętające się wśród ogrodów po przeciwległej stronie uliczki. Chciałabym móc kiedyś zabrać gdzieś Sasuke; na wycieczkę, bądź spacer. Nagle, przez tę parę, zwykła, niezobowiązująca przechadzka w jego towarzystwie stała się moim marzeniem.
 - Nie pamiętasz tego? – Za sobą słyszałam chichoty Ino. – To było niecałe dwa miesiące temu. Przecież Satoshi wyrwał Naruto chyba połowę tej jego czupryny.
Hinata doznała olśnienia, wyrażonego w nabierającym na głośności jęku.
 - Pamiętam! Nie było mnie przy tym, ale skarżył się.
 - Wtedy jeszcze boczył się o to, jak wyśmiewaliśmy jego „czcigodną” powagę.
Nie umiałam zwalczyć nasuwającego się uśmiechu. Gdyby w umyśle rozstawione były szuflady, właśnie teraz otworzyłabym jedną, która uchyliłaby konkretne wspomnienia. Pamiętałam jak bawiły mnie magnackie zwroty Usabiego. Ponoć Naruto zalecił mówić do siebie: Ooo, Czcigodny. Wtedy przekomarzałam się z nim, określając tak wszystko, począwszy od czcigodnego płaszcza, aż po sławną, czcigodną powagę.
Spojrzałam na przyjaciółki i coś zaświtało mi w głowie. Bez mojej ingerencji uchyliła się któraś z szuflad w umyśle, ukazując pewne wspomnienie. Przecież tak rozpoczęła się cała przygoda. Ino i Hinata roztrząsały w moich włościach sprawę powrotu bohaterów. To było preludium. Podejrzliwość, nieufność, niewytłumaczalna niechęć do Sasuke. Strach… Teraz mogłam go z czymś utożsamić. Brakujące szuflady. Te, w których gnieździła się wspólna przeszłość z Sasuke. Być może jakoś na mnie wpłynęła, mimo amnezji. Może miały swój udział w moich nietaktownych próbach ominięcia szpitalnej sali, gdzie odpoczywał Uchiha.
Och, wiele się wydarzyło, a jednak byłyśmy tu we trójkę, tak jak na początku. Ino zachwalała słodycz Satoshiego, Hinata pławiła się w opowieściach o gafach Naruto, a ja… Przed paroma tygodniami obserwowałam je, użalając się nad sobą. Dzisiaj? Byłam zagubiona, skołowana, ale szczęśliwa. Dumna z tego, co dotychczas osiągnęłam. 
 - Hej, Sakura! – Hinata pomachała mi z serdecznym uśmiechem. – Chodź do nas!
 - Idę! – zaświergotałam, a pokonując trasę dzielącą mnie od kanapy, natknęłam się na pled Akashiego.
Racja! On znacząco odróżnił otoczenie „niedojrzałej Sakury” od mojej teraźniejszej osobowości. Zmienił moje życie. Z jego pomocą prawie wcale nie odczuwałam już samotności. Ubolewałam też, że Jutsu, którym posłużył się do zamiany w kota, podporządkowane było innej pieczęci. Liczyłam, że kiedyś ujrzę jego ludzką twarz. Liczyłam, że kiedyś poznam powód jego przemiany. Była niefortunną wpadką, czy celowym zabiegiem?
W ogóle, gdzie on się zapodział?
Zniknął bodaj godzinę temu, gdy przyjęłam w gości dziewczyny. Zastanawiałam się co gadający kocur może mieć do roboty na ulicach Konohy. Tym bardziej, że niespecjalnie kwapił się do ujawnienia celu wędrówki.
No pięknie, niebawem zacznę się zamartwiać o tego kociaka!
Szarpanina odbywała się na przykrytej dachem werandzie posiadłości Uchihów. Trzymałem oburącz murowaną balustradę i majtałem lewą nogą – wszystko przez to, że przylepiło się do niej pewne kocie cielsko. Akashi naprzykrzał się od rana, na dobitkę nie rozróżniając własnego gatunku. Był kotem, tymczasem robił w moją stronę oczka porzuconego szczeniaczka. Czyżby łudził się, że to mnie rozczuli? Nie byłem Sakurą, do diaska!
 - To niespodzianka! – wołał.
 - Nie lubię niespodzianek. Złaź ze mnie!
Itachi przekręcił kluczyk w zamku i zszedł po trzech stopniach werandy. Przez ramię przewieszony miał grafitowy płaszcz, a jego dłoń zdobiła złożona parasolka.
 - Czekaj! – warknąłem na niego. – Co ty robisz? Dokąd się wybierasz?
 - Tam gdzie ty. – Odwrócił się z tajemniczym uśmieszkiem. Najwidoczniej tylko mnie postanowiono nie wtajemniczyć w koci plan.
 - Czyli gdzie?
 - Niespodzianka! – zaszczebiotał Akashi.
 - Niespodzianka… - powtórzyłem cichuteńko, wiedząc, że słowo pozostawi w moich ustach gorzki smak. Kocur zdążył nieraz zaleźć mi za skórę w trakcie naszej „znajomości”, nie ufałem mu za grosz, pewien, że miejsce, gdzie zostanę przywleczony okaże się pułapką – złośliwym rewanżem za poprzednie nieuprzejmości wobec Akashiego. – Na jak długo mnie zabieracie? – zapytałem z myślą o nowej rodzinie.
 - Rany, gburze! Masz przed sobą całą wieczność na spędzanie czasu z synem! Mógłbyś poświęcić nam chociaż minutkę?
 - Straciłem pół roku, nie poświęcając mu go w ogóle! – oburzyłem się.
 - Sasuke, opanuj nerwy. – Itachi zatrzymał się przy klinkierowym ogrodzeniu, a spojrzenie, którym mnie obdarzył kazało mi wystawić się na ryzyko. – Obiecuję, że nie pożałujesz. Naprawdę. Wiem, że Akashi słynie z… szaleńczych pomysłów, ale tym razem wpadł na coś wyjątkowego. Spodoba ci się.
Kocur poświadczył te słowa, klepiąc brukową ulice, która wiodła pod drzwi domu. W zwierzęcym języku gestów miało to charakter oklasków.
 - On ma rację – mruknął, a potem ni z tego, ni z owego obrzucił Itachiego wzrokiem zabójcy. – Nie zgadzam się tylko z określeniem moich pomysłów. Nie są „szalone”, tylko oryginalne.
Itachi zaczerpnął powietrza. Wyglądał jakby zbroił się w cierpliwość.   
Nawykłem już do wesolutkiego braciszka, który czasami zachowywał się jak idiota. Lecz kiedy przychodziło co do czego, niczyich słów nie traktował tak wiarygodnie. Wystarczyło, że Itachi okrzyknął tę wycieczkę jako godną utraty czasu, a wtedy byłem pewien, że niczego nie będę żałować. 
Zatem odpaliłem silniki i powierzyłem im swój czas. Wpierw maszerowaliśmy wzdłuż dzielnicy Awayaki, a na myśl automatycznie nasunęła mi się Sakura. Co porabiała? Czy wściekała się o moją nieobecność? Czy jej móżdżek tworzył już karkołomne scenariusze odwrotu, bądź listę uprzedzeń Uchihy? Była przewrażliwiona, dlatego wiedziałem, że martwią ją moje uczucia wobec Satoshiego. Pytania zniknęły z czasem, mimo to wciąż zostały bez odpowiedzi. Po półgodzinnej tułaczce przedreptaliśmy główną ulicę Konohy, mijając bez szczególnego poruszenia siedzibę Szóstego Hokage. Finalnie i tak otaksowałem wzrokiem rozpostartą szybę jego gabinetu, ale żadna biel nie zamigotała wśród odcięci brązu.
 - Daleko jeszcze? – zapytałem, wcale nie zniechęcony faktem, że mnie wytrąciłoby to z równowagi.
 - Pięć minut – odwarknął Akashi.
Ku memu zaskoczeniu, zamiast wybrać którąś ze ścieżek rozwidlenia, Itachi obrał kurs w głąb lasu. Korciło mnie, żeby wyrzucić z siebie sprzeciwy, ale to groziło „ożywieniem” Akashiego – do tej pory byłem wdzięczny siłom wyższym za jego milczenie. Nie wędrowaliśmy żadnym traktem, nawet źdźbła nie były podeptane, ucierając prowizoryczną ścieżkę. Wyglądała to tak, jakby przez lata rozwoju Konohy, stopa żadnego mieszczanina nie zdołała dotrzeć do tych rejonów. Trawa wzbiła się w górę na tyle, że tylko kontrastująca czerń sierści Akashiego pomagała mi w określeniu jego położenia.
Wyły we mnie głosy, pytania – dokąd idziemy? Czy moje obawy się potwierdzą, a kocur naprawdę postanowił ukraść mi rolę mściciela? Może namówił mojego brata do współudziału w jakimś psikusie? Może to moja pokuta za olanie własnej rodziny? Uch, przez ostatni domysł poczułem się przytłoczony. Wyrzuty sumienia spłynęły na mnie lawiną, inne zaś gotowały się jak w wulkanie grożącym erupcją. Żeby zapobiec katastrofie, zacząłem wymieniać w głowie znane mi daty urodzeń. Możliwe, że świętujemy czyjeś urodziny… Jasny gwint!
Przystanąłem w półkroku; nowa rewelacja mnie do tego zmusiła. Itachi i Akashi z początku tego nie wyczuli, mknąć naprzód w ciszy. Dopiero potem kocurowi zaczął zawadzać brak szelestów rozlegających się dotychczas tuż za nim.
 - Co ty robisz? – Przyjrzał mi się.
Próbuję odgadnąć datę urodzin własnego syna, odparłem w myślach.
Wielkie nieba! On naprawdę może dzisiaj obchodzić swoje święto! Zagryzłem dolną wargę, zdjęty przez wstyd. Nawet nie wpadło mi do głowy, żeby wczorajszego wieczoru dowiedzieć się tego od Sakury.
 - Sasuke? – rozbrzmiał zatroskany głos Itachiego. – Coś nie tak?
 - W porządku – odwarknąłem.  
Zapytanie ich wprost byłoby prawdopodobnie bardziej nietaktownie, niżli udawanie głupiego – byłem świeżo upieczonym tatusiem. Zasługiwałem przecież na jakieś przywileje i prawa do niewiedzy.
 - Dlaczego stanąłeś? – dociekał Akashi.
 - Nieważne.
Kompani kontynuowali wędrówkę, a ja szukałem wskazówek w otoczeniu. Po przebrnięciu przez obficie porośnięte tereny, dostaliśmy się na bardziej przerzedzoną część lasu, gdzie momentami grunt był piaszczysty. Potem na naszej drodze stanęła łąka z bezlikiem fiołków. Itachi stwierdził wówczas, że turlanie się po jej powierzchni powinno być dla Akashiego czystą przyjemnością, jednak kocur nie chciał korzystać z rozrywek. Czułem, że ten „chłopiec” do teraz nie pogodził się z żywotem na jaki go skazano. Kocie nawyki akceptował wyłącznie z konieczności.  
 - Już blisko – orzekł Itachi.
Właśnie wtedy wśród świergotu ptactwa, hulania wiatru i cichych szelestów wyłapałem głos. Znajomy głos. Wkrótce w moim wykrywaczu - godności każdego shinobi - zamigotała czerwona żaróweczka. Od źródła chakry dzieliło mnie niespełna dwadzieścia metrów.
 - Nie powinniście kazać mi czekać!
Skołowany, zerknąłem na brata.
 - Co to ma znaczyć?
 - Cierpliwości.
 - Pamiętaj, że to był mój pomysł. – Podrajcowany Akashi śmignął do przodu, gubiąc się w kępach krzewów.
Chwilę później wdarliśmy się szturmem w ich skupisko. Kląłem raz po raz, gdy jakaś gałązka plątała mi się pod nogami. W którymś momencie ostre zwieńczenie jednej z nich oberwało materiał moich spodenek.
 - Cholera!
 - Boże, kupię ci nowe – roześmiał się Itachi.
Wyszedł z tego bez szwanku. Skupiałem na nim wzrok, świadomy obecności osób trzecich – niepożądanych zresztą. Brat rzucił mi pytające spojrzenie, które zlekceważyłem. Gdzieś tam w moim środku emocje zaczęły kipieć. Teraz nie tyczyły się one Satoshiego oraz Sakury, lecz uczuć prowadzących do furii.
 - Wytłumaczysz mi to? – spytałem brata.
Kątem oka widziałem, że przyprowadzono mnie do zagajnika. Dookoła rozpościerał się las, a na dalekim horyzoncie widniała jakaś chata, podobna do pospolitych domów na Michigacie. Działkę otaczał staroświecki płot, przy czym głowa Naruto przesłania resztę krajobrazu. Hokage stał pośrodku zagajnika – bez charakterystycznego płaszcza i nakrycia głowy. Dzisiaj pokazał się światu w swoich oranżowych dresach, które na ramionach urozmaicał ciemniejszy kolor.
Zauważając obiekt leżący u jego stóp, od razu zbaraniałem. Żołądek zaczął się sprzysięgać przeciwko mnie, poddając skurczom w równych odstępach czasu.
 - Sasuke, chcemy jeszcze raz skorzystać z Shirizoku – powiedział Itachi.  
Naruto, jak na komendę, podniósł zwój i spojrzał na mnie z ufnością. Nie miałem pojęcia co wypadłoby lepiej – typowe wzgardzenie w stylu Uchihów, czy prosta odmowa i powrót do domu. Aż dziw, że pomocy w rozstrzygnięciu sporu szukałem u Akashiego. Sprawa zwoju, zakazanych technik, złych królów, domagających się pieniędzy – myślałem, że zostawiłem to wszystko za sobą.
 - Co zamierzacie zrobić? – zwróciłem się do kocura.
 - Chcę ci tylko coś pokazać, to wszystko – odparł.
 - Zacznij wreszcie mówić konkretnie! Mam już serdecznie dość tych zagadek!
 - A więc – Do rozmowy wtargnął głos Szóstego. Patrzyłem jak powolutku rozwija zawartość zwoju. – zamiast mówić, pozwól nam pokazać.
 - Mam w tym uczestniczyć?
 - Tak. – Itachi przytwierdził dłoń do moich pleców i zaczął prowadzić ku Naruto. Gdy dystans był już odpowiedni, stwierdziłem, że moje uczucia są mieszane. Z jednej strony intrygował mnie pomysł kocura, z innej zaś pragnąłem odsunąć od siebie wszystko, co wiązało się z naszą przeszłością.
Naruto przez chwilę wpatrywał się we mnie ze spokojem. Zapewne osądzał jakich zniszczeń na mojej psychice dokonały ostatnie podróże w czasie. O ile zaskoczyło mnie jak doskonale papuguje wcześniejsze poczynania Zetsu, o tyle Akashi doprowadził Uchihę do granic wytrzymałości, stając u mego boku.
 - Co ty robisz? - zagadnąłem.
 - Idę z tobą. – Odsłonił ząbki w uśmiechu. Tego było za wiele.
 - Nie wiem dokąd się wybieram, ale nie ma mowy, żebyś szedł ze mną.
 - Też chcę to zobaczyć. Twój brat i Hokage mi pozwolili.
Spojrzałem wpierw na Uzumakiego, ale odczytywanie symboli Shirizoku umiejscowionych na zwoju nazbyt go pochłonęło. Gdy mój wzrok spoczął na Itachim, brat wzruszył ramionami z przepraszającym uśmiechem. 
 - Masz dwie opcje – ciągnął kocur. – Opcja dla wytrzymałych psychiczne i opcja dla przeciętniaków. Wybór należy do mnie.
Gniewnie spoglądałem na kocie futerko, myśląc ile korzyści przyniosłoby mi jego obdarcie.
 - Ale ja wciąż nie wiem gdzie się wybieramy! – wykrzyknąłem w końcu.
Naruto rozpoczął jakąś rzadką odmianę gimnastyki. Uśmiechając się prowokująco, zaczął rozciągać ramiona i palce swych dłoni.
 - Co ty robisz, kretynie?
 - Przygotowuję się. Przecież pierwszy raz używam Shirizoku.
 - Zdecydujmy się na opcję drugą, co gburze? – podjął Akashi. – Poza tym opcja pierwsza jest chyba naruszeniem czyjeś prywatności, tak mi się wydaję.
 - Masz rację – zgodził się Hokage. – Sakura-chan nie byłaby zadowolona. A spróbuj tylko pisnąć jej słówko o tym, że pozwoliłem ci towarzyszyć Sasuke, a migiem pożegnasz się z Konohą!
 - Sakura wie o tym wszystkim? – Nawet nie usiłował zdusić w sobie tego pytania. Świadomość, że zostałem pominięty podczas organizowania kociego planu potęgowała mój gniew.
Na szczęście Akashi zaprzeczył.
 - Nie i liczę, że utrzymasz język za zębami. To będzie malutki sekret w naszym męskim gronie, zgoda?
Naruszenie prywatności Sakury, męski sekret – zasłyszane wskazówki zapoczątkowały u mnie nietypowe założenia. Cicho liczyłem, że zbyt częste kontakty z Haruno źle na mnie wpłynęły i za bardzo histeryzuję. Jednak przede wszystkim liczyłem, że te nietypowe założenia się nie sprawdzą. To byłoby zbyt dziwne, nieprzyzwoite i ryzykowne, żeby Naruto i Itachi wyrazili zgodę na obserwację procesu „poczęcia” Satoshiego.
Zadrżałem jakby owiało mnie chłodne, arktyczne powietrze. Za dużo myślisz, Sasuke!
 - Przygotujcie się! – Naruto splótł dłonie na wysokości piersi. Zanim podjął się formowania pieczęci, zdążyłem mruknąć:
 - Byłoby miło, gdybym dowiedział się na co.
 - Nie marudź – złajał mnie Akashi.
 - Zetsu mówił, że to Jutsu jest niedopracowane. – Zacząłem stąpać z nogi na nogę, podminowany przesadnym skupieniem Uzumakiego. Skrycie zazdrościłem mu zdolności odcyfrowywania widniejących na nawierzchni zwoju symboli. Dla mnie były jedynie dziwacznymi kreślunkami, niczym więcej. – Naruto?
 - Przygotuj się! – polecił z walecznym żarem w oczach.
Już więcej nie pytałem „na co”. Będzie co ma być. Szczęście, że człowiek otrzymał możliwość zmiany swojego przeznaczenia.
 - Sasuke kucnij, Akashi zbliż się! – Usłyszałem następne polecenia, rozochocony prostotą w jego realizacji. Pamiętałem też co czynić dalej, by Shirizoku mogło wkraść się na moje ramiona, powlekając je atramentem.
Położyłem dłoń na pieczęci, uprzedzając instrukcję Uzumakiego.
 - Mam zrobić to samo? – Oczy Akashiego rozbłysły. Kiedy potaknąłem, bez wahania umiejscowił łapę w wyznaczonym miejscu. Gdy znajoma energia wdzierała się do mojego ciała, przeniknął mnie chłodny dreszcz. Niemniej jednak poczułem się spokojniejszy, doskonale znając tajemnice Shirizoku. Przynajmniej w tej okoliczności miałem przewagę nad resztą ekipy. Oni nie doświadczyli dotąd działania tej techniki.   
Akashim wstrząsnęły dreszcze. Wyglądał jak przemoczone zwierzę, próbujące osuszyć swoje futro.
 - Dziwne… - dobiegł mnie jego zaniepokojony głosik. 
Niezwykłe symbole na dobre rozpostarły się na mych ramionach. Gapiłem się na ten proces, uciekając myślami do Sakury. Z Shirizoku wiązały się nasze wspomnienia, nic więc dziwnego, że umysł znów przywołał kilka partii, których wcześniej nie przeanalizowałem.
Ren Kanoe i romantyczna schadzka o zachodnie słońca wdarły się do mojej głowy szturmem. Toż to dziś! Sakura wybierze się na to spotkanie, a ja jeszcze wczoraj cicho obiecałem sobie, że dokonam wszelkich starań, aby jednak odwieść ją od tego pomysłu.
 - Gburze! – Akashi zbladł. Tak, mogłem to stwierdzić, mimo jego nieszczęsnej egzystencji. Emocje, którymi przyprawiony był ton kocura poszeptywały mi, że nastolatek najwidoczniej spanikował. – Skup się! – I to się potwierdziło, sekundę późnej, kiedy zrozumiałem, że dopadła go paranoja.
Cóż, wielka szkoda, że nie mogłem dostosować się do jego próśb. Nie teraz, kiedy krzątają się we mnie rozmaite scenariusze tej wyprawy. Nie teraz, gdy podświadomość napomknęła o Renie, dokładając mi zmartwień.
Lada moment będą razem. Sami.
A między nimi stanie upiorna przeszłość.
Odkąd Akashi rozpłynął się w niewiadome miejsce, a Ino, cała w skowronkach, popędziła na spotkanie z „tajemniczym wielbicielem”, zostałyśmy z Hinatą we dwie.
 - Dziękuję, że się zgodziłaś – oznajmiłam, kątem oka spoglądając na syna, uwięzionego w jej ramionach.
Hinata wygięła usta w ciepłym, matczynym uśmiechu. Z grzeczności chowałam urazę, ale przeczucie mówiło mi, że ustępstwa w moich staraniach niczego by nie zmieniły. Na osoby jej kategorii po prostu nie dało się długo gniewać. Ona była zbyt… pozytywna, wesoła, opiekuńcza. Nie od dziś wiadomo, że Hinata stawiała czyjeś dobro ponad własne.
 - Spójrz – przerwała moje rozważania, a jej palec wskazujący wysunął się do przodu. – Musisz się pośpieszyć, jeśli chcesz dotrzeć tam na czas.
Słońce rzeczywiście spełzało już ku horyzontowi, barwiąc górną część nieba na odcienie różu, które, biegnąc w dół, przeobrażały się w delikatny oranż. Wyznaczało także mój czas; chwile dzielące mnie od ujrzenia Rena.
 - No dalej! - Hinata stała w progu moich drzwi wejściowych, a biła od niej pewność zaufanej niani. Przez chwilę zapragnęłam, żeby jej miejsce zajęła mama. Zawsze rozstawaliśmy się w ten sposób, gdy gnałam na treningi z mistrzem Kakashim. Uczepiłam się tej myśli, a tęsknota natychmiast zaczęła rozdzierać mi serca.
 - Dziękuję – powtórzyłam bezsensu, żeby wyeliminować narastające kłucia w piersi. – Hinata! Wiem, że chciałaś dobrze! Rozumiem to…
 - Porozmawiamy jak wrócisz – rozweseliła się. Smutny dotąd uśmiech, zaczynał uchodzić za szczery i radosny. – Nie bądź dla niego zbyt ostra.
 - Postaram się.
 - On też chciał dobrze. Wszyscy chcieliśmy. Sakura, proszę uwierz, że było mi naprawdę bardzo ciężko, ale i Naruto, i Ren upierali się przy swoim. Potem nie było już odwrotu.
No pięknie! Mój honor się naburmuszył, kiedy oczy zalały się łzami.
 - Ten chłopak kocha się ponad wszystko! – wołała Hinata, ja natomiast stałam już na biegnącym w dwie strony trakcie dzielnicy Awayaki. – Byłaś pierwszą osobą, którą poznał po przybyciu do wioski. Byłaś mu najdroższa, gry utracił rodzinę. Pokochał cię, Sakura! Może z początku trzymał się ciebie jak pierwszej znajomości, ale potem zwykła chęć przetrwania w nowym otoczeniu przeobraziła się w miłość!
Rany, jak bardzo chciałam w końcu go zobaczyć.
Miałam zamiar poprosić Hinatę o życzenie powodzenia, ale przyjaciółka zdążyła dodać swoje:
 - Hej! – Mina, którą zrobiła zwiastowała coś niepokojącego.
 - Tak?
 - Wiem, że nie powinnam mieszać ci w głowie, zwłaszcza teraz, gdy masz przy sobie Sasuke, ale chyba najwyższy czas, żeby uświadomić ci prawdę.
 - O czym ty mówisz?
 - Zastanów się.
 - Nad czym? – Wzruszyłam ramionami. Rzeźba Czwartego Hokage zdawała się taka odległa, jednak zaintrygował mnie wygłoszony przez Uzumaki wstęp.
 - Czy uczucie między wami na pewno było jednostronne – mówiąc to, odsłoniła zęby w uśmiechu, któremu zaufałby nawet największy niedowiarek. – Zastanów się – powtórzyła.
Sterczałam nieruchoma i jakby zaklęta. Słowa tej kobiety wywarły na mnie dziwny wpływ. Gdyby nie ponaglający czas, z pewnością roztrząsałabym istotę przekazu w jej obecności.
 - Nie za bardzo rozumiem. – Uśmiechnęłam się nerwowo w sposób typowy dla Naruto. Zrobiłam to, drapiąc się po potylicy, co jeszcze bardziej mnie do niego upodabniało. – Czy ty sugerujesz, że… czułam do Rena to samo, co on do mnie?
 - Może. – Postąpiwszy w tył, ścisnęła uchwyt drzwi wejściowych. Satoshi zdążył już usnąć na jej piersiach.
 - Hinata! – krzyknęłam dramatycznie.
 - Ja już więcej nic ci nie mówię, bo Sasuke dobierze mi się do skóry. Nieładnie postępuję.
 - A-ale…
Drzwi poruszyły się, zgrzytając.
 - Denerwuje mnie to, jak bardzo się oszukujesz, to tyle – powiedziała już bardziej nadąsana.  
 - Dlaczego…?
Przerwał mi łopot. Dźwięk finalizujący naszą rozmowę. Dłuższą chwilę gapiłam się tępo w elewację własnego domu, zapominając o płynącym czasie i sunącym w dół słońcu. Hinata trzasnęła drzwiami, a ja spróbowałam wyobrazić sobie co obecnie czyni. Chichota? Przeklina samą siebie za niepodobne do niej gadulstwo? Co zamierzała osiągnąć, mówiąc mi to?
Zastanów się, czy uczucie między wami na pewno było jednostronne.
Biegnąc do rzeźbionej chluby całej Konohy, ta prośba rozgaszczała się w mojej głowie, nieco psocąc. Przede wszystkim narozrabiała w sprawach spotkania. Odkąd Naruto wspomniał o wyznaczonym terminie z Renem, ani razu nie poczułem się pewnie, ale w gruncie rzeczy nie byłam jakoś zatrważająco skrępowana. Nie obmyślałam też co pocznę po dotarciu na miejsce. Myślałam, że moje serce załatwi sprawę i zareaguje odpowiednio do sytuacji przy pierwszym kontakcie wzrokowym z czekoladowymi tęczówkami. Och, o tej porze ich odcień był wyjątkowo wyrazisty – pamiętałam to, gdy Kanoe zawsze nakłaniał mnie do pozowania, zwykle na tle zachodzącego słońca. Pamiętałam wyraz jego twarzy, gdy się skupiał - każdy jej detal, gdy mnie szkicował. Pamiętałam kawałek języka, który uciekał z jamy ustnej, kiedy Ren nazbyt oddawał się rysowniczemu ferworowi.
Chciałam go zobaczyć!
Jednostronne uczucie – dzwoniło mi w myślach. Byłam ciekawa cóż takiego skłoniło Hinatę do wyciągnięcia owych wniosków. Ren był mi bratem, bliskim przyjacielem i ostoją od błahych problemów, nikim więcej.
Nikim więcej… na pewno!
Z powodu wielu chaotycznych myśli, postanowiłam pokazać światu jak wspaniała ze mnie kunoichi. Wskoczyłam na pierwszy z brzegu budynek, którym okazała się być zdezolowana kamienica. Hopsałam z dachu na dach, czując wiatr we włosach i jego siłę, jaka uwalniała mnie od nieznośnego mętliku. Obywatele Konohy kroczyli ścieżkami, łypiąc na mnie z niesmakiem. Zwykle to Naruto pławił się w takich zabawach. Dzisiaj zastąpiła go Sakura Haruno, przyznając, że miało to swój urok. Dzięki akrobacjom poczułam rozpierający się we mnie hart.
 - Poradzę sobie – motywowałam się, gdy piaszczysta połać dobiegła końca, a przede mną piętrzyły się już rzeźbione twarze Hokage.  
Wspięłam się na nie migiem, odtrącając mnożące się wspomnienia. Nie czułam nic, mijając kamień; świadka części moich przeżyć. Nie czułam nic, gdy dobrnęłam do miejsca, gdzie Ren ukończył jedno ze swoich ulubionych „dzieł”. Przebierałam nogami najszybciej jak potrafiłam.
Niech tam będzie. Niech czeka na mnie, ponury i beznamiętny – poprosiłam z nadzieją, że ktoś u góry mnie wysłucha. Wówczas będzie mi łatwiej. Rozprawię się ze słowami Hinaty, zapomnę o nich!
 - Ren! – Urwisko było już nieopodal. Widziałam jak dalszą część jego powierzchni tworzy strome zejście w dół. – Ren! – krzyczałam, bo to rozdzierało mnie od feralnego „wczoraj”. Krzyczałam, bo wszystko domagało się ujścia.   
Był tam. Dostrzegłam go ze szczytu, parędziesiąt metrów pod moim położeniem. Patrzył na mnie, zdezorientowany. Postawę miał luźną, ręce zanurzone w kieszeniach oliwkowych spodenkach, a włosy burzone przez wietrzysko. Ucieszyłam się na widok opaski wskazującej na przynależność do Liścia, jednocześnie wspominając jak dawniej podarował ją Naruto i poprosił o zwrot po dopięciu swego; odnalezieniu moich wspomnień.
Cofnęłam się parę kroków, wstrzymałam powietrzę, a potem wyskoczyłam z urwiska, szepcząc w podświadomości, że jakimś cudem wzbiję się w powietrze i przefrunę obok Rena jak koliber. Choć śmiałam pomyśleć, że mi się powiedzie, grawitacja uwierzytelniła prawa nauki i pogrzebała moje nadzieje. Spadałam bardzo szybko, ogłuszana przez trzepoczący w uszach wiatr. Zamknęłam oczy, czekając.
I wreszcie opadłam na upragnioną platformę chakry. Tego dnia Kanoe nadał jej kształt koła. Schwytała mnie niecałe trzy sekundy po skoku i odebrała ciut frajdy z pozorowania uskrzydlonej Sakury. Teraz powolutku opadałam w dół, odważając się wyjrzeć zza „transportu”. Zobaczyłam roześmianego Rena, który wyglądał jak dyrygent synchronizujący orkiestrę. W tym przypadku była nią tafla energii.
 - Witaj, Chibi. – przywitał mnie łagodnym uśmiechem, zanim zdążyłam ześlizgnąć się z chakry. Niespodziewanie chłopak zrzekł się statusu dyrygent, skazując mnie tym sam samym na niewłaściwą pozycję, dzięki której nasze oczy znajdywały się na tej samej wysokości.
 - Ren… - powiedziałam głosem osoby, zapadającej w trans.
I zrobiłam to, czego mogłabym później żałować.
Rzuciłam się na niego, opatulając ramionami. Nie zraziło mnie, kiedy stracił rezon i zachybotał się z dziewczyną przylepioną do ciała. W rezultacie oboje padliśmy na ziemie.  Łkając, przytuliłam głowę Rena do swoich piersi. Może poczuje! Może poczuje jak trzepocze moje serce, balansując między nienawiścią, a dwustronnym uczuciem. Może poczuje, że nie wypada mi się cieszyć jego cudownym powrotem do normalności.
Może poczuje, że jednak to zrobiłam – zdeptałam własny honor.
 - O nie. – Widok Rena wzbudził w Akashim wstręt, ale ten niesmak prędko zmienił się w dziecięcą ciekawość. Kocur zmarnował kilka chwil na obserwację wirujących pyłków i przestrzeni, która z bieli doskonałej powoli odkrywała kontury i kształty.
Ren podziałał odpychająco także na mnie. Wylądowaliśmy w korytarzu, którego z początku nie potrafiłem scalić z żadnym wspomnieniem, a jednak po paru sekundach szare komórki uaktywniły tłoki i zaczęły swoją pracę. Zauważyłem mlecznobiałe krzesełka, kojarzone z tymi w poczekalniach, poza tym przy końcu trasy stało łóżko z metalowych prętów i zmiętą narzutą. Później rozpoznałem kolorystykę ścian – ten przyziemny i jednolity popiel podsunął mi prawidłowe obrazy.
Duszności Sakury spowodowane Kyori, zatarg z Renem, godziny czekania i przekąski na wynos, które zamówiliśmy z Itachim, gdy pierwszy raz testował moje powiązanie z dolegliwościami Haruno.
 - Szpital? – spytałem wprost mojego przewodnika.
Jego fascynacja właśnie ustępowała. Gdy pyłki rozpłynęły się w powietrzu, Akashi skinął głową i zawiesił spojrzenie na Renie.
 - Czy on wszędzie musi się wpychać?
 - Najwidoczniej.
Korytarz łączył ze sobą wiele pomieszczeń, a Ren podpierał się o drzwi, które według moich domysłów zostały ustanowione celem tej wyprawy. Przyjrzałem się chłopakowi z ciekawością. Był lekko pochylony, przez co kruczoczarne włosy zawadzały mi w oględzinach. Niemniej ta postawa i bierność uświadomiły mi, że powód jego obecności tutaj wiąże się z jakimś dramatem.
 - Co się stało? – przemówiłem cicho, jak gdyby Ren mógł mnie usłyszeć. – Chodzi o Sakurę? Była kiedyś ciężko chora?
Rozległo się kocie parsknięcie.
 - I co? Ty niby jesteś spostrzegawczy, gburze? - Akashi podpełznął do drzwi i ostrożnie wystawił łapę. Powrót magicznych pyłków wytrącił go z równowagi. – To jest ekstra! Dzieje się tak za każdym razem, gdy czegoś dotknę?
 - Tak. Powiesz mi wreszcie po co mnie tutaj ściągnąłeś?
 - Rany!
Czułem jak kamienieje mi żołądek, kiedy Akashi obrzucił mnie spojrzeniem przeznaczonym dla karczemnych oprychów. 
 - Co? – Z bezsilności rozłożyłem ramiona.
 - Zaprowadziłem cię do miejsca, w którym sam chciałbym się znaleźć, będąc na twoim miejscu – wyjaśnił z prostotą. – Możesz uznać to za niedojrzałe, ale na karku mam już piętnaście wiosen. Powoli staję się mężczyzną i wiem jak możesz się teraz czuć. Dlatego też postanowiłem nieco ułatwić ci przywyknięcie do nowego życia. Będzie musiało stać się dla ciebie normą, czy tego chcesz, czy nie.
W zwykłych okolicznościach rzuciłbym coś kąśliwego ze względu na wyniosły charakter jego odpowiedzi. Niestety, sytuacja wymagała myślenia, a nie bodźca do wszczęcia kłótni.
Nieprawdopodobna opcja znikąd wtargnęła do mojej głowy, lecz jej rozwinięciu przeszkodził dochodzący zza drzwi dźwięk. Kobiecie wołanie – krzyk pod naporem uciążliwego bólu, krzyk przytłoczony brzemieniem zmęczenia i próśb o pomoc. Krzyk, który rozpoznałem natychmiast. Był dźwiękiem uświadamiającym mi prawdę, lekarstwem na pobudzenie, bodźcem do działania.
 - Sakura – wymówiłem bezmyślnie, szukając odpowiedzi u Akashiego.
Kocur uśmiechnął się półgębkiem.
 - Domyślasz się już?
 - Czy ty… - urwałem, ale rozmówca rozwiał moje wątpliwości.
 - Dokładnie.  
 - I Sakura… - Wskazałem na drzwi.
 - Tak. – Pokiwał głową, bynajmniej nie chowając własnego ubawienia. Dopiero kolejny wrzask przywołał go do siebie. – Au, to musi boleć.
Ze spuszczoną głową i nerwami w strzępach odmaszerował kawałek, by po chwili wrócić na wcześniejsze miejsce. Ren odstąpił od drzwi, mierzwiąc sobie włosy. Ta reakcja sprawiła, że mogłem dostrzec wszystkie wrzące w nim emocje. W nim też wyrósł wulkan bliski erupcji.
 - Chcesz, żebym czekał? – zwracałem się do Akashiego, ale odruchowo łypnąłem na Rena.
Dwóch domniemanych ojców oczekuje narodzin syna. To było nieodpowiednie, ale zaciekawiło mnie co powiedziałby Ren, wiedząc, że towarzyszę mu jako istota niematerialna. Wówczas nie znał mnie jako „Sasuke-kryminalisty”. Zapewne rozszarpałby teraźniejszą wersję na strzępy, gdybym tylko wyznał mu prawdę.
Jestem twoim celem. Będziesz mnie szukać przez następne pół roku.
Ale to ja cię znajdę…
 - Zachowaj się jak prawdziwy ojciec! – zawyrokował Akashi. – Poczekaj w nerwach, a potem tam wejdź. Zobacz Satoshiego. Poczuj to, co chciałeś. Mówiłeś przecież Senpai, że nigdy nie zrobiłeś nic, co należy do obowiązków ojca.
Jego słowa podziałały na mnie jak kubeł zimnej wody. Na chwileczkę zapomniałem, że odgrywam rolę rozgorączkowanego tatusia i spróbowałem przełknąć niebywałą prawdę.
Akashi to słyszał. Dobiegły go moje prywatne zwierzenie, naumyślnie kierowanie do Sakury po przetrawieniu przeszłości. Rozpoznał żal, przedzierający się przez głos  zagubionego Uchihy.
Pamiętaj, że to był mój pomysł. – Użył tych słów, żebym mógł bardziej doceniać jego czyny. Żebym w trakcie tej wyprawy doszedł do prawdy i pomyślał: „To wszystkie dzięki niemu!”. Oczywiście uzyskał zamierzony efekt i teraz patrzył na mnie, jakby czegoś oczekiwał. 
 - I co powiesz?
 - Zaskoczyłeś mnie – odparłem.
 - A mnie zaskoczyła jego obecność! – Nachmurzył się, rzucając szybkie spojrzenie Renowi. – Naruto nic o tym nie wspominał. Ostrzegł tylko, że będzie z nami cała gromada waszych znajomych. Ponoć ten typ… nie brał czynnego udziału w witaniu bobasa. Hej, gburze.
 - Hmm?
 - Twój syn, Satoshi, urodził się dwudziestego piątego grudnia, tuż przed północą.
Tak, to wyjaśniałoby pustki. W końcu korytarza jątrzyło się jakieś wątłe światełko, ale zgasło równo ze szmerem czyiś kroków.
 - Dwudziestego piątego grudnia – wypowiedziałem, jak gdyby ta data były wykwintnym daniem, którym należy się delektować. Następnie wgapiłem się w ścienny zegar i wiedziałem już, że Satoshi złapie pierwszy oddech w przeciągu pięciu minut.
 - Nie musisz dziękować – powiedział Akashi tonem, który nakazywał coś wprost przeciwnego. Na przekór temu spostrzeżeniu, stwierdziłem, że nie potrafię się na to zdobyć.
Zresztą krzyk zza drzwi odwiódł nas obojgu od tematu.
Ren wyglądał jakby potępiał metody porodów. Patrzyliśmy z Akashim jak przytyka lewe ucho do drzwi i daje się opętać odkrywczym pragnieniom.
 - Ty masz lepiej – stwierdził kocur. – Możesz w każdej chwili wejść do pomieszczenia, ale pamiętaj, że nie będzie to sprawiedliwe.  
 - Rozumiem co masz na myśli – warknąłem.
 - Naprawdę?
 - Nie będę wykorzystywał swojej przewagi, zawdzięczanej Shirizoku, tylko poczekam jak na ojca przystało.
 - Gdybym mógł, nagrodziłbym cię oklaskami, naprawdę. – Akashi wyglądał na zadowolonego malarza, po skończeniu życiowego tworu. W tym przypadku efektami jego pracy była możliwość oglądania jak zmagam się z pierwszym, ojcowskim obowiązkiem. Żałowałem tylko, że po wszystkim nie będę mógł odfajkować na liście tego, co najefektowniej uświetniłoby moją nową rolę. Żałowałem, że Sakura nie będzie w stanie powierzyć Satoshiego moim ramionom. Nie będzie w stanie uraczyć mnie spracowanym uśmiechem, a ja nie dam rady zetrzeć jej łez z kącików oczu.
 - Jeszcze trochę. – Usłyszeliśmy silny, kobiecy głos, tłumiony odgradzającymi nas drzwiami. – Proszę przeć.
 - Cholera. – Wziąwszy przykład z Rena, przeczesałem sobie włosy.
 - Nerwowo, co? – rzucił Akashi.
 - Trochę.
Kompletnie odrzuciłem Uchihowskie standardy. Nie pilnowałem się w duszeniu emocji, nie starałem się nadać memu głosu majestatycznego wydźwięku, który zwykle podkreślał nieprzystępność. Jeżeli mógłbym utożsamić mój dotychczasowy spokój z murem, to ten właśnie obrócił się wniwecz, runął, uległ samo-destrukcji. Nie było go!
Ren zacisnął oczy. Sakura dzielnie borykała się z porodem, czego rezultaty rozbiegały się wzdłuż korytarza w postaci wrzasków, charchotów oraz urywanych oddechów.
Emocje przytłaczany nas jeszcze dwie minutki, zanim rozległ się dźwięk, będący jednocześnie kresem fatygi i awansem na matkę.
Satoshi zapłakał.
Kiedy dziecięcy jazgot przeprawiał się korytarzami, okazało się, że ma jeszcze jedną, ukrytą funkcję; dał początek krzątaninie. Następne odgłosy - szurania czyiś butów, wołania pielęgniarek i doktorów - zaczęły nachodzić na siebie, tworząc zawiły zlepek dźwięków.
 - Siostro! – uchwyciłem jedno słowo, ale reszta ucichła gdzieś w głębi.
Nie tylko wewnątrz panował zamęt. Echo korytarza niespodziewanie umocniło jakieś dudnienia. Zerknęliśmy z Akashim w bok, a stamtąd zauważyłem przeklęty płaszcz i burzę jasnych włosów.
 - Ren! – Zziajany Naruto śpieszył w jego stronę. Towarzyszyli mu Hinata, Ino, Kiba i Lee, przy czym ostatni z wymienionych śmignął między kompanami i dotarł do mety niczym zwycięzca wyścigu.
 - Co z Sakurą-san? – pytał, nakręcony jak zabawka. – Co z nią?
Naruto wparł się na kolanach i złapał oddech.
 - Zdążyliśmy?
Ren nie musiał trudzić się tłumaczeniami, ponieważ niebawem dziecięcy skowyt powiedział im wystarczająco.
Ino odstawiła krótki taniec radości, a oczy jej się zaszkliły.
 - Słyszę! Słyszę dziecko!
 - Sakura urodziła! – orzekła Hinata, traktując resztę jak kretynów, potrzebujących dosadnego wyjaśnienia.
Ich twarze jaśniały szczęściem, które zdawało się wprost namacalne. Przyglądałem się grupce w milczeniu, na uboczu. Akashi bąkał coś pod nosem o nieprzyzwoitym humorku Rena, w końcu ten nie podjął żadnych wysiłków wobec upodobnienia się do nowiutkiego ojca. Wtedy poczułem niewyobrażalną złość. Na Naruto, na Ino, na Hinatę, na Lee, na Kibę – na wszystkich, którzy świętowali przybycie Satoshiego na świat, myśląc, że nie przynależy on do Uchihów. Myśląc, że niejaki Ren Kanoe jest uprawniony do pierwszeństwa w walce o wzrokowy kontakt z noworodkiem. Poczułem się przybity, zniesmaczony i wściekły.
Lekarze zapewne dopiero co przecięli pępowinę i porwali dziecko na wstępne badania, a jednak i to mnie nie zatrzymywało.
 - Idę tam – bąknąłem do kocura.
Jego zwierzęce tęczówki spoczęły wpierw na mnie, a później na zgromadzonych przyjaciołach. Chyba zrozumiał dlaczego chcę uwolnić się od kręgu ekscytacji, zataczającego się wokół nich.
 - Idę z tobą. – Usłyszałem ponurą odpowiedź.
Mknąłem ku wejściu, by przeniknąć przez nie jak duch i przypadkowo zdążyłem spostrzec cień uśmiechu na twarzy Rena. Uśmiechu, któremu daleko było do doskonałości. Uśmiechu napiętnowanemu wieloma skazami. Mój żal do niego nie zmalał o grosz, ale przejąłem się przez chwilę jego uczuciami. Zdecydował się przyjąć obce dziecko. Wprawdzie plan spalił na panewce, wszak Sakura zarzucała mu wiele w dobrym odgrywaniu roli, jednak postanowił spróbować. Przyjść z pomocą przyjaciółce, nie dbając wtedy o to, co wydarzy się po odkryciu prawdy. Ren dbał wówczas o teraźniejszość. Dbał o jej stan. Wolał, żeby uznawała swoje dziecko za wynik nieszczęśliwego wypadku z zaufaną osobą, niżli upiorny scenariusz gwałtu, lub cichego romansu z tajemniczym mężczyzną.
Przeniknąłem drzwi… Napompowałem płuca.
Wkrótce zobaczyłem zapłakaną Sakurę i patykowatą kobietę, która uciekła z uwalanym krwią noworodkiem na zaplecze. 
 - Oddajcie mi go – szeptała dziewczyna.
Oddajcie mi lata z synem, które utraciłem, przyłączyłem się do jej próśb. Może wysłucha nas jakiś cudotwórca.  
Czułam się winna, bo to serce sprawowało teraz naczelną kontrolę nad wszystkimi procesami. To ono sprawiło, że przyległam do ciała własnego przyjaciela, pochlipując i tonąc w smutku. Niczym chuligani, leżeliśmy na czuprynie bohatera Konohy. Nie mogłam przebadać twarzy Rena, jednak wyraźnie odczułam jak naprężyły się jego mięśnie. Właściwie dzięki naprzemiennie opadającej i wznoszącej się klatce piersiowej, miałam pewność, że ten chłopak żyje i słucha łomotów mojego serca; despotycznego władcy, króla woli i czynów.
Wtem gwałtownie się poruszył. Zamarłam, pewna, że niedługo pokona wszystkie przeszkody patronujące prywatności Sakury Haruno. Lecz nieoczekiwanie dłonie Rena znalazły się na moich plecach, a ich właściciel przyjął pozycję, w której to ja skazana byłam na traktowanie jego piersi jak ukochanej poduszki.
Zawiodłam. Miałam być stanowcza, konsekwentna, rozgniewana, rozczarowana. Sporządziłam w duchu listę, gdzie nadmienione zostały wady i zalety oszustwa Rena. Kiedy w kolumnie z numerem jeden nie starczyło miejsca, wiedziałam już, że mu nie przebaczę.
 - Ren…
 - Dobrze cię widzieć, Chibi – przerwał mi od razu. Głos miał czuły i łagodny. Najwidoczniej nie puścił mimo uszu moich przytłumionych szlochów.
Nie bardzo wiedziałam jak się zachować. Umysł miałam spaczony, a myśli splątane, mimo to świadomość, że nie postępuję właściwie nie dawała mi spokoju. Byłam święcie przekonana, że należałoby wyrazić czymś swoje oburzenie… smutek, rozpacz.
 - Ren. – Spróbowałam jeszcze raz. – Co ja mam teraz zrobić?
 - Nie wiem. – Poruszył delikatnie ramionami. – Powinnaś mnie chyba znienawidzić, prawda?
 - Nie mogłabym.
 - Dlaczego?
Uczucia paliły mnie jak kwas. Zdawało mi się, że tkwi we mnie ich bezlik – skuwały się ze sobą, nie pozwalając dojść do konkretnych wniosków. Byłam rozdarta na miliony kawałeczków, a każdy z nich żywił do Rena coś innego. 
 - Miałeś dobre intencje. To… to nie twoja wina, że Sasuke nie miał kontaktu z synem. Madara nas skrzywdził, to on doprowadził do tego wszystkiego. Ty tylko przeceniłeś swoje umiejętności aktorskie, myśląc, że będziesz mógł zagrać dobrego ojca – wyrzuciłam z siebie, objęta naglą inwencją.
Ren przemilczał moją gadaninę. Obawiałam się, że te słowa dotkliwe go ubodły, a jednak chwilę później usłyszałam przyciszony głos:
 - Masz rację. Było trudniej, niż przypuszczałem.
Ścisnęłam oburącz skrawki jego kamizelki.
 - Porzuciłeś mnie.
 - Wiem – odszepnął.
 - Domniemany ojciec mojego dziecka żył w tej samej wiosce, a ja i tak zostałam skazana na rolę samotnej matki. – Głos zaczął mi drżeć. Postanowiłam sobie, że im więcej przytoczę punktów z kolumny, zawierającej wady jego występku, tym bardziej naostrzę swój tępy gniew.
 - Wiem, Chibi.
 - Dlaczego? – Wybuchłam mieszanką płaczu i rozgoryczenia. – Dlaczego postanowiłeś mi to wszystko zrobić?! Dlaczego nie mogłeś powiedzieć wprost?! Dlaczego uznałeś mnie za fajtłapę, która zbyt wiele się nacierpiała?! Wiem, że byłam egoistką. Użalałam się nad sobą, zapominając o innych. Wiem o tym, Ren! Jednak to nie dawało ci prawa do podszycia się pod ojca Satoshiego!
Złość mną zawładnęła. Poderwałam się do siadu, a Ren zrobił to samo. Nawet najczystszy smutek naznaczający jego twarz, nie uśmierzył bólu. Eksplodowała we mnie gorycz. Przypomniała o katorgach Sasuke. Dawała mi do zrozumienia, że mogłabym włożyć coś od siebie do misji odkrywczych. Być może moja pomoc pozwoliłaby rozgryźć Naruto i Renowi tajemnice przeszłości. Być może uporalibyśmy się z tym wspólnie, a mój przyjaciel nigdy by nie zawiódł.
 - Oto niszczycielska siła ludzkiej miłości – powiedział, odgarniając kosmyk moich włosów za ucho. – Niszczy nas gdy jest i gdy jej nie ma.
 - Powiedz mi to jaśniej. – Zezłościłam się. Dawniej pasjonował mnie jego poetycki dialekt, ale w tej chwili był on zbyteczny. Poza tym nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że moje żądanie go zakłopotało.
Powietrze uleciało z ust Rena ze świstem.
 - Powiedziałem ci już przecież, że cię kocham. – Odwrócił wzrok, markotny i poirytowany. – Kocham cię i nienawidzę siebie za to.
Musiałam przygryźć dolną wargę – tak niewiele dzieliło mnie od następnego szlochanego lamentu.
 - Ja…
 - Przepraszam cię, Chibi. Naprawdę bardzo cię przepraszam. – Ujął moje dłonie i spojrzał mi w oczy tak, że omal nie zadławiłam się własną rozpaczą. Miałam rację odnośnie jego oczu. Błyszczały cudownym odcieniem, a porównywanie ich koloru do czekolady, zdawało się teraz równie absurdalne jak twierdzenie, że niebo ma barwę zieleni. Tęczówki Rena zdawały się zalane miodem. Pomyślałam nawet, że gdyby wykoncypował sobie udawanie bezdomnego, ktoś przygarnąłby go jak szczeniaczka, zginając się pod brzemieniem jego wdzięku. – Wtedy myślałem tylko o tym, żeby cię chronić – dodał szeptem. - Nie oczekuję przebaczenia. Właściwie chciałem wyrazić tylko swoją skruchę i coś ci przekazać.  
 - Wobec tego mów.
 - Teraz wszystko się zmienia – podjął, gestykulując. – Nie jesteś już więcej tą osobą, której los tak bardzo potępiałaś. Nie będziesz już samotną matką z filmów.
 - To ty kazałeś mi obejrzeć historię Hitori – poskarżyłam się, wspominając jak Ren udobruchał moje negatywne nastawienie do oglądania czyjeś biografii. Stwierdził, że dobrze nam zrobi jednorazowa zmiana gatunku filmów. W tamtym czasie powiedziałam mu o moim lęku i planach na przyszłość, które miały ustrzec mnie od wychowywania dziecka bez wsparcia drugiego rodzica.
Nigdy nie wiadomo, jakiego obrotu nabiorą sprawy – uświadomił mi tuż po moich zwierzeniach.
Kuźwa. I wykrakał, drań!
 - Zrobiłem to tylko przez tymczasowy brak pomysłów na nowy horror.
 - Kreatywny Ren, który regularnie rugał mnie za brak oryginalności, wypalił się z pomysłów? – zaszydziłam. – A niech mnie! Mogę udokumentować to zdarzenie?
 - Nie – powiedział i nachylił się nade mną. – To zostanie między nami, zgoda?
Cudnie! I myśl tu rozsądnie w towarzystwie takiego mężczyzny! Raz odpycha, potem się złości, jeszcze później kocha. Zmroziło mnie, kiedy Ren obwiązał pukiel różowych włosów wokół palca wskazującego, tym bardziej, że był to nawyk Sasuke.
 - Zgoda – odrzekłam na poprzednie, nerwowo chichocząc. – Ren?
 - Tak?
Przestań patrzeć mi w oczy! 
 - Popełniłeś błąd, ale… czuję się winna twojemu cierpieniu.
 - Och, proszę. Daruj sobie gadkę o tym, że musiało być mi ciężko.
 - A nie było? – podpuściłam go.
 - Było! – wyrzuciwszy z siebie, poderwał się na nogi. O! To przywołało w pamięci moment, gdzie omyłkowo wisiał nad nami temat jego siostry, Hanabi. Ren odwrócił się do mnie plecami, oddając podziwianiu panoramy Konohy, a ja uznałam, że jest to jego przepis na ułatwienie sobie rozmów o „ciężkich tematach”. Wiadomo, że są to chwile, w których możemy ulec emocjom – męska duma Rena sprytnie nim pokierowała. – Każdy dzień patrzyłem na Satoshiego, wmawiając sobie, że jakimś cudem płynie w nim moja krew. Patrzyłem w twoje oczy i słuchałem jak bezustannie nas do siebie porównywałaś. Jednak nie chcę rozwlekać się nad moim własnym egoizmem.
Nie zrozumiałam.
 - Egoizmem?
 - Zazdrość – syknął Ren.
 - Och. – No tak, ilekroć Ren musiał dojść do wniosku, że prawdopodobnie w przecięciu trzech miesięcy pokochałam innego. Naruto potwierdził, że lekarze nie odnaleźli nic, co wskazywałoby na gwałt, a kiedy powróciłam do Konohy Satoshi dopiero co pojawiał się w moim łonie. – Potraktowałeś to jako moją zdradę? – ośmieliłam się spytać.
 - Tak, chociaż nie powinienem. Nie należałaś oficjalnie do mnie.
 - Kochałeś mnie. – Niechże mi ktoś wyjaśni, czemu to obwieściłam! A jednak. Naszła mnie potrzeba – nieodparta i silna.
Ren zerknął przez ramię, skonfundowany.
 - Nie wiem czy Naruto ci o tym wspominał, ale na tę nieszczęsną misję wyruszyłaś parę dni przed swoimi urodzinami.
Naruto nie odezwał się słowem, lecz gdzieś głęboko wiedziałam, że zbliżał się wówczas ten dzień. Winna była prawdopodobnie luka w amnezji, ponieważ moim ostatnim wspomnieniem był właśnie Ren, zielone wrota Konohy i jego głos:
 Za kilka dni twoje urodziny, Chibi!
 - Wspomniał – skłamałam, żeby jakoś wytłumaczyć zasób wiedzy.
 - Przygotowywałem się do wyznania. – Kanoe bez reszty pogrążył się w krajobrazie. – Zaplanowałem sobie, że zrobię to w twoje urodziny. Powiem ci o moich uczuciach, ryzykując naszą przyjaźnią.
Oczami duszy widziałam tę scenkę. Jak obładowana ślicznymi pakunkami przeprawiam się ulicami Konohy po skończonych uroczystościach – ubzdurałam sobie, że przyjaciele zorganizowali dla mnie przyjęcie-niespodziankę. Ren mi towarzyszył. Spacerował obok wprawiony w dobry nastrój, acz nie umykało mi nie podobne do niego zakłopotanie. Ostatecznie udało mu się przemóc, wyznał mi prawdę, powiedział, że kocha, musnął czubek mojego nosa, zarumieniony i napięty.
Rozczuliłam się tym wyobrażeniem. Po policzkach pociekły mi łzy.
 - Wiesz co, Ren?
 - Hm? – Odwrócił się do mnie, odprężony po wgłębieniu w „trudne tematy”. Dopiero widok płaczącej przyjaciółki wprawił go w osłupienie. – Chibi! – Natychmiast pojawił się przy mnie, ściskając ramiona. – Hej, dlaczego płaczesz?
 - B-b-bo… - Gwałtowny atak kaszlu nie dał mi dokończyć. Ren delikatnie klepał mnie po plecach, nie rezygnując z czułości utkwionej w miodowych oczach.
 - Powiedz.
 - Bo ja…
 - Co?
Przytwierdziłam dłonie do jego barków, a czołem rąbnęłam o tors Rena. Musiał poczekać jeszcze chwilę, żebym mogła przekrzyczeć własny szloch.
 - Gdybyś zdążył mi to wyznać – podniosłam głos. - j-ja powiedziałabym ci, że… też cię pokochałam!
Hinata, jego miłość nie była jednostronna. Pomogłaś mi to zrozumieć. Pomogłaś mi przyznać się przed swoim upartym ego, że gdyby nie inicjatywa Madary, żyłabym szczęśliwie z Renem… bez Satoshiego.
Jednak moje uczucia uległy tej osobowości przyjaciela, którą utraciłam po feralnej amnezji. Po tym wszystkim wyzbyłam się tej miłości, zlikwidowałam ją nieświadomie, przekierowując na Sasuke.
Od powrotu do Konohy Ren nie robił nic, prócz rozczarowywania. Nawet wiedziony imieniem miłości, nie otrzymywał w moich oczach żadnego usprawiedliwienia. Sam skazał się na życie w męczarniach, sam zadecydował o swoim losie, twierdząc, że nie zasłużyłam na zaznajomienie się z niesprawiedliwością tego świata.
Poród przebiegł bez powikłań, Satoshiego skradła położna, a Sakura leżała już na oddziale noworodkowym, uspokajana przez pielęgniarkę w ciasnawym fartuszku. Wściekłem się na siebie za poprzednią bierność. Mogłem przecież postąpić wbrew temu co mówił Akashi i przyjrzeć się dziecku przed odizolowaniem od matki.
 - To okropnie – wydyszała Sakura, gdy nadzorująca ją pracownica sprawdzała temperaturę jej czoła. – Dlaczego zabieracie go od razu po porodzie?
 - Dziecko jest w pokoju obok. Lekarze pediatrzy muszą dokładnie go przebadać i oczyścić, Haruno-san. Proszę się nie martwić, niedługo dostanie pani malucha w swe ręce na pierwsze karmienie.
 - Będę mogła zostać? – spytała Ino.
 - Chyba tak.
Gromada Konohy deptała po piętach pracowników zajmujących się Sakurą, od kiedy porwano bobasa. Gdy wreszcie przetransportowano Haruno do pomieszczenia, gdzie należało już tylko uzbroić się w cierpliwość i oczekiwać Satoshiego, znajomi ciasno rozstawili się wokół łóżka. Skonfundowana pielęgniarka albo była nowicjuszką i nie miała serca przeganiać tak zżytej grupy, albo zbyt dobrze ją wychowano. Na szczęście położny załatwił sprawę, formalnie informując, że według procedur dziecko witają matka i ojciec.
W rezultacie, po bodaj dziesięciu minutach protestów, w pokoiczku towarzystwa dotrzymywał już tylko Ren, czego nie akceptowałem. Położny nieświadomie dopuścił do pogwałcenia procedur.  
Wyobraziłem sobie zatem, że Akashiego i Rena tu nie ma. Sakura i tak nie odezwała się do niego słowem. Jej twarz mieniła się ekscytacją, mimo wyraźnego zmęczenia. Ren usadowił się na parapecie, wyglądając przez okno z zamyślonym wejrzeniem. A ja poczłapałem bliżej i przyjrzałem świeżej matce. Policzki miała oblane potem, ale właśnie sięgnęła po nawilżone chusteczki, których paczkę zdążyła podarować jej Hinata. Co rusz rzucała krótkie spojrzenia na drzwi, dekorując twarz cudownym uśmiechem. Bladł on jednak, gdy decydowała się przypatrzeć plecom rzekomego ojca.
 - Ren? – wymówiła ochryple za którymś razem. – Dlaczego nie chciałeś być obecny przy porodzie?
 - Bo jest kretynem – odpowiedział za niego nadąsany do szczętu Akashi.
Z czystej ciekawości wolałem wysłuchać słów zapytanego.  
 - Nie zniósłbym tego.
Sakura zaniosła się krótkim, nieprzekonującym śmiechem. Spojrzeliśmy po sobie z Akashim, nie pojmując jej reakcji.
 - Bałeś się, że zemdlejesz?
 - Tak jakby – odrzekł bez krzty emocji w głosie. Podejrzewałem, że w procedurze, którymi operował położny, była wzmianka o dozie ojcowskiej czułości. Ren znów się nie dostosował. Poza tym skądś żyło we mnie przekonanie, że w czasie porodu partner rodzącej kobiety trzyma jej dłoń, dodając ukochanej otuchy.  
Nie zniósłbym tego.
Sakura potraktowała to jak słabostkę do upiornych widoków – rozdzierana przez ból kobieta, płacz, gotowość lekarzy… Pewnie! Ren mógł tym sposobem omamić Sakurę. W rzeczywistości jego odpowiedź odnosiła się do narodzin obcego dziecka. Dziecka, które nie było z nim spokrewnione.
 - Czułabym się lepiej, gdybyś tu był. – Haruno opatuliła się prześcieradłem, jakby z obawą, że Ren lada moment odwróci się w jej kierunku.  
 - Przepraszam – powiedział. Tym razem jego głos nasiąknął odrobiną współczucia. – Ale naprawdę… nie dałbym rady, Chibi. Przepraszam…
 - W porządku.
W tle szumiały debaty z korytarza. Ino wykłócała się z Lee, kto pierwszy weźmie noworodka w ramiona.
Badania Satoshiego przedłużyły się o dziesięć minut, jednak kiedy panika obezwładniała Sakurę i podszeptywała, że z niemowlęciem może być coś nie w porządku, drzwi uchyliły się bezszelestnie. Dwoje rodziców poderwało głowy z niesamowitą synchronizacją. Zawtórowaliśmy im z Akashim, z ulgą przyjmując widok mężczyzny w roboczym uniformie. W jego ramionach tkwiło białe zawiniątko, z którego wyzierała zaróżowiona twarz bobasa.
 - Satoshi! – ucieszyła się Sakura.
I mnie, i Akashiego, a nawet Rena zaskoczyło wykrzyknięte imię.
Niziutki lekarz podszedł do łóżka z wyrozumiałym uśmiechem.    
 - A zatem powitajcie Satoshiego – oznajmił. – Gratulują wam obojgu. Właśnie zostaliście rodzicami.  
 - Tak chcesz go nazwać? – Ren ześlizgnął się z parapetu i niepewnie zerknął na fałszywego syna. Choć nie pochwalałem jego toku myślenia, coraz bardziej zaczynałem rozumieć pomiędzy iloma zróżnicowanymi uczuciami balansował. Chyba nie byłbym w stanie zajrzeć też w oczy dziecka, które tak naprawdę nic po mnie nie odziedziczyło.
Sakura ostrożnie wzięła Satoshiego na ręce. Lekarz poinstruował ją jak delikatną główkę ma niemowlę i jak prawidłowo należy ją podtrzymywać.
 - Nie podoba ci się to imię? – zapytała Rena, choć jej wzrok nieprzerwanie spoczywał na dziecku. Satoshi cicho pojękiwał, tocząc szmaragdowymi tęczówkami po twarzach rodziców. Itachi powiedział mi kiedyś, że ponoć głos matki uspokaja niemowlę ze względu na to, iż słyszy je bezustannie przez dziewięć miesięcy rozwoju w brzuchu.
Tak też było w rzeczywistości. Uśmiechnąłem się pod nosem, gdy pielęgniarka, która włączyła się do grona poprosiła Sakurę, żeby jak najwięcej mówiła.
 - To da maluchowi gwarancję bezpieczeństwa – mówiła pieszczotliwie. – Nie widział cię, lecz słyszał. Tylko twój głos pomoże mu zrozumieć, że jest tam gdzie powinien.
 - Rozumiem. – Sakura zamyśliła się na chwilę i wkrótce zastosowała porady pielęgniarki. – Witaj, Satoshi. Jestem Sakura Haruno, twoja mama. A tu… - ucięła, żeby umożliwić malcowi wgląd na ojca. Ren do tej pory czaił się przy górnym rogu łóżka. – to twój tata, Ren Kanoe. Hej, spójrz. Jest uroczy, prawda Ren?
Pracownica szpitala spojrzała na chłopaka z podejrzliwością.
 - Tak – odezwał się ledwie dosłyszalnie. – Ma twoje oczy.
 - Ale oryginalność musi mieć po tobie – dodała, przebiegając palcami po policzku Satoshiego. – Nie odpowiedziałeś na moje poprzednie pytanie. Podoba ci się jego imię?
 - Tak.
 - Uff, to dobrze. Kiedy tylko usłyszałam, że urodziłam chłopczyka, poczułam, że muszę go tak nazwać. Jakbym już kiedyś słyszała to imię, chociaż gdy teraz o tym myślę, nie mogę przywołać tego do pamięci. A! Wiesz co jeszcze jest dziwne?
 - Co?
 - Po pierwsze: podejdź bliżej. – Sakura posłała mu zachęcający uśmiech. Wyobraziłem sobie, że wszystkie jej słowa kierowane są do mnie. – Siadaj. – Poklepała skraj łóżka.
Ren klapnął na prześcieradło i znów zaczął spozierać niemowlę wzrokiem.
 - A po drugie? – szepnął.
 - Zawsze zaskakiwałeś mnie pomysłami i nagle nie potrafisz wymyślić imienia dla swojego dziecka. Właśnie to jest dziwne.
 - On nie chciał wymyślić dla niego imienia – powiedziałem jakbym oskarżał go o zbrodnie.  
- Święta racja, gburze. – Akashi utknął przy ścianie. Jego wzrost nie pozwalał mu ujrzeć czegokolwiek spod podnóża łóżka, dlatego też ubzdurał sobie, że im dłuższy dystans będzie dzielił go od zgromadzenia, tym więcej elementów zobaczy. Proponował już, żebym wziął go na ręce, ale natychmiast odmówiłem. – Gołym okiem widać jak bardzo bolała go zdrada Senpai. Nie chciał mieć z tym dzieckiem nic wspólnego.
 - Ale musiał. Zdecydował się na to.
 - Bo był kretynem, mówiłem to już. 
 - Haruno-san, przygotuj się na pierwsze karmienie – wtrącił lekarz i poklepał ramię współpracownicy. – Zajmiesz się resztą, prawda?
 - Oczywiście – odparła. – Chce się pani wpierw zobaczyć z przyjaciółmi, czy zająć małym Satoshim?
 - Chcę go nakarmić – zdecydowała Sakura. – Przyjaciele mogą poczekać.
Na tę wieść lekarz pożegnał pacjentkę i wyszedł, poganiany nagłym wezwaniem. Pielęgniarka dopytywała się Sakurę o wiadomości zdobyte podczas ciąży, na co ta opowiedziała o paru książkach, które wtedy przyswoiła, obiecując, że sobie poradzi.
 - W razie czego będę na korytarzu. – Pielęgniarka zatrzymała się przy drzwiach. – Poinformuję także państwa bliskich o decyzji.
 - Proszę uważać, są nieobliczalni – rzuciła żartobliwie Haruno.
Kobieta zostawiła nas samych. Tak, mnie i Sakurę – stale to sobie wmawiałem, próbując jakoś zrekompensować moją nieobecność na „porodzie właściwym”. Z pewnością byłbym wtedy mężczyzną, który zgodnie z procedurami trzyma dłoń ukochanej i ujarzmia jej cierpienia samą miłość. To uczucie musi być na tyle potężne, skoro omamiło Uchihę.
Spojrzałem na Satoshiego i od razu poczułem, że moje przypuszczenia są bliskie prawdzie.  
 - Umm… Ren? – Sakura chwyciła kawałek popielatej pidżamy przy dekolcie.
Ren zrozumiał. Wrócił do poprzednich zajęć, przeglądając panoramę Konohy. Akashi natomiast skwitował ich zachowanie złośliwym rechotem.
 - Oni są udani, serio!
 - Zasłoń oczy – warknąłem na niego.
 - Słucham? – Kocur mimowolnie zerknął na miejsce, które niedługo pozbędzie się swojej osłony i wyjrzy na światło dzienne. – A co z tobą?
 - Sakura jest moja. Mam prawo obserwować.
 - Obserwować karmienie czy kobiece piersi? – prychnął.
Jasna cholera! Czułem jak miernik temperatury mojego ciała gwałtownie wzbija się wzwyż. Obrzuciłem Akashiego spojrzeniem płatnego hycla - niech się kocur strzeże!
Jako, że Sakura nie wiedziała o naszej obecności, bez skrępowania biorąc się za robotę, musiałem zareagować. Schwytawszy kocura, ścisnąłem jego cielsko między ramionami i zadbałem o to, żeby zablokować dostępne punkty wyjścia z potrzasku. Zwierzę wierzgało nieugięcie, póki nie odsłoniłem jego buzi.
 - Dobra! Zrozumiałem, gburze!
 - Wolę się zabezpieczyć – powiedziałem zgorzkniale. Aż dziw, że Akashi nie protestował, kiedy zakryłem dłonią górną część jego pyszczka.
 - To nie zmienia faktu, że nie widziałeś jej nago – palnął.
 - Widziałem.
 - Ale o tym zapomniałeś. Ren przynajmniej udawał, że widział, a ty wyrzuciłeś ten moment z pamięci. Sam już nie wiem, który z was jest większym krety… - Nie dałem mu dokończyć, tylko ścisnąłem pysk drugą ręką. Dzięki temu rozlegały się wyłącznie przytłumione wołania i niewyraźne mamroty. W względnym spokoju lustrowałem moją rodzinę. Sakura była na tyle rozweselona narodzinami dziecka, że nawet naganność Rena nie spaprała jej nastroju. Jedna z jej łez potoczyła się szlakiem policzka Satoshiego i dopiero to uzmysłowiło mi, że wypłakuje się ze szczęścia.
 - Witaj, kochanie. Witaj w domu.   
Po wchłonięciu tych słów, oficjalnie poczułem się ojcem.
Nagle Akashi wyślizgnął się z moich ramion, wyrażając swój sprzeciw. Akurat jego przekazów nie byłem w stanie przyswoić, bo niespodziewanie przestrzeń zaczęła zalewać się kolorem, który od niedawna traktowałem z pogardą.
Kocur spanikował.
 - Hej! Co się dzieje?!
Ignorując histerię, popatrzyłem na znaki Shirizoku. Tak jak za pierwszym razem, stopniowo zanikały, tracąc na intensywności. Akashi nie mógł tego dostrzec ze względu na sierść, toteż kucnąłem przed nim i wyjaśniłem:
 - Wracamy z powrotem.
 - Już? – zdziwił się, zahipnotyzowany niezwykłością tego zjawiska. – Co to za gwiazdeczki?
 - To pył – odpowiedziałem według swojej teorii. W rzeczy samej wiele łączyło te migoczące punkciki z prawdziwym pyłem, pochodzącym z gwiazd. Naprędce wbiłem wzrok w Sakurę, żeby nasycić się tym widok i wykorzystać wyprawę, którą zorganizował dla mnie Akashi. – Hej! – zawołałem na kota, wiedziony impulsem.
 - Co?
 - Dzięki.
Akashi najwyraźniej zadławił się własną śliną. Ostatnim co zobaczyłem były jego zwierzęce ślepia. Ciężko było sprecyzować co charakteryzuje zdziwione kocury, ale jego pysk zwykle formował się w sposób, który łatwo przychodziło mi odczytać. Przymknąłem oczy i odpłynąłem. Zrobiłem to spokojny, wiedząc, że nawet po powrocie oczekuje mnie ukochana kobieta.
Jakże wielkie było moje zdziwienie po zetknięciu się z teraźniejszą!
 - Mogłabyś chociaż raz poskromić swoją nieobliczalność. – Zaskoczyłam Rena, ale w głębi jego oczu czaiło się szczęście. Szkopuł w tym, że niebawem do cudowniej radości wlazł smutek powiązany z gdybaniami. Gdyby tylko Uchiha jej nie porwał… Gdybym tylko zatrzymał ją w wiosce… - odniosłam wrażenie, że w głowie huczą mi myśli przyjaciela.
Przeszłości nie odmienimy. Jeżeli mielibyśmy taką możliwość, ludzie nie popełnialiby błędów.
Przywołałam resztki trzeźwego myślenia i odstąpiłam od Rena.
 - Przepraszam, że pozwoliłam ci się we mnie zakochać. Przepraszam, że odwzajemniałam kiedyś to uczucie.
 - Przepraszać za miłość, to tak jakbyś przepraszała za swoje narodziny. – Znów. Znów dał mi w zamian swoją poezję. Irytowało mnie to bardziej, kiedy jego słowa okazywały się sensowne i prawdziwe. – Wielka szkoda, że nie jesteśmy sobie przeznaczeni.
 - Co teraz? – zapytałam wprost.
 - Pozbędę się tej miłości.
Oczywiście to rozwiązanie wydawało się prawidłowe. Starałam się zlekceważyć dokuczliwe kłucia w sercu. Jakaś myśl miała ubaw, wbijając w nie szpileczki.
 - Jak?
 - Nie wiem – przyznał bez osłonek. – Mogę stawiać cię w złym świetle, mogę szukać w tobie wad, ale z pewnością nie będę mógł cię zapomnieć.
 - Mam wiele wad. Znajdziesz je z łatwością. – Postanowiłam obrócić tę rozmowę w żart. Nie dopuścić, żeby uczucia przejęły nade mną kontrolę. – Jestem gadułą, fajtłapą, przewrażliwioną feministką i zdziecinniałą kobietą.
 - Nie mogę uznać tego za wady, skoro były to pierwsze cechy, które w tobie pokochałem.
 - Ren! – Naburmuszyłam się. – Niczego nie ułatwiasz!
 - Posłuchaj. – Jedna z dźgających moje serce igieł wbija się zbyt głęboko. Najadłam się wystarczającej ilości strachu od początku naszej rozmowy, a teraz sfiksowałam, patrząc jak Ren podchodzi do mnie sprężystym krokiem. – Uznasz to za niegrzeczne i głupie, jednak bez tego nie będę mógł odejść. Jeżeli mam okazję, to chciałbym…
 - Chwila, moment! – Zatrzymałam go rozłożonymi rękoma. – Zamierzasz odejść?  O czym ty mówisz, Ren?
Wyglądało na to, że trochę go skołowałam.
 - A jak mógłbym inaczej próbować wymazać cię z pamięci? – Zezłościła go także moja niekompetencja. Ostrzegawczo wycelował we mnie palcem wskazującym. - I nie proponuj mi żadnej techniki ze zwoju. Aż tak zdesperowany nie jestem.
 - Nie miałam zamiaru niczego ci proponować, ale…
 - Muszę odejść – wszedł mi w słowo.
 - Odbiło ci – odezwałam się zwyczajnym głosem. – Nie pozwolę ci tego zrobić.
Ren uśmiechnął się ponuro, a potem lekko potrząsnął moimi ramionami. 
 - Wyobrażasz sobie, że ja, Sasuke i Satoshi mielibyśmy żyć w tej samej wiosce? Chibi, Sasuke jest świadom moich uczuć do ciebie! Mój pobyt tutaj nikomu nie wyjdzie na dobre. Zresztą… Ej! – wyraził się ostrzej, kiedy chciałam zakwestionować jego decyzję. Wpierw przyłożył palec do moich ust, a następnie przesunął go wyżej i musnął mój nos. Nie miał pojęcia, ile energii władował we mnie tym gestem. – Nie chcę cię już kochać. Przepraszam, że mówię to w taki sposób, ale jeżeli nie odwzajemniasz moich uczuć, pokochałaś innego mężczyznę i niedługo zaczniecie nadrabiać wspólne zaległości, moja miłość nie będzie chyba zbyt pożyteczna, prawda? Zrobiłem swoje. Wprawdzie sposób był nieco drastyczny.
 - To nie zmienia faktu, że…
Uciszył mnie palcem. Znowu.
 - Naruto na moją prośbę odnalazł kilku ocalałych z miasta, w którym się wychowałem. Wiem gdzie mieszkają i spróbuję się z nimi dogadać. Poradzę sobie, nie martw się.
 - Przecież wciąż jesteś moim przyjacielem! – wyrzuciłam z siebie tak szybko, że Ren mógł mieć trudności z nadążeniem. Zrobiłam to z obawą przed powtórnym niedopuszczeniem do głosu.
Kanoe odpowiedział westchnieniem.
 - Kiedyś wrócę. Masz moje słowo.
 - Nie zgadzam się! W Liściu też możesz zacząć życie od początku!
 - Obserwując szczęśliwą rodzinkę Uchihów?
 - Nie, ale…
 - Wiesz, że mam rację. Nie rozumiem tylko, dlaczego nie chcesz się do tego przyznać.
 - Nie chcę być egoistką. – Chociaż nie można było wykluczyć, że właśnie z takową się utożsamiałam. Ren miałby odejść… Nie wyobrażałam sobie dnia bez jego oziębłości i zdystansowania. Nie akompaniował mi stale, ale czuwał. Byłam świadoma, że domagając się zmiany decyzji, proszę go o przedłużenie wcześniejszej katorgi. Ponadto wizja jego pomieszkiwania w Konoha nie uśmiechała się Sasuke. Niemniej jednak zrozumiałam, że siła przyjaźni potrafi być równie niszczycielska co sama miłość. – To nie w porządku. Nie powinnam cię zostawiać.
 - To ja cię zostawiam. – Od razu znalazł na mnie kontrargument. – Zamierzam się z tobą pożegnać.
 - Nie jestem dobra w pożegnaniach. Poza tym nie chcę się z tobą rozstawać.  
 - Nie mamy wyboru – powiedział, zbliżając się o krok. Po kawałku traciłam swój heroizm. Wreszcie Ren ujął moją twarz w dłonie, a ja zesztywniałam, zniechęcona hucpiarskimi zalotami.
 - Co ty robisz? – Onieśmielenie zamaskowałam złością.
Ren uwięził mój nadgarstek w stalowym uścisku.
 - Chibi.
 - Co?! – wykrzyknęłam, zbita z pantałyku jego opanowaniem. Wyglądał jak kochanek, który pomimo zdrady nie lęka się odtrącenia przed ukochaną.
W końcu przyciągnął mnie z powrotem do siebie i spytał ckliwie:
 - Mogę cię pocałować?
Oniemiałam z dwóch powodów. Pierwszym była zuchwała jawność mojego przyjaciela. Drugi natomiast tyczył się jego statusu. Oficjalnie widniał w mojej osobistej hierarchii jako bliski przyjaciel, któremu niedaleko było do przeskoku w przyrodniego brata. Ach! Nagle przylazł do mnie następny powód do szoku. Otóż jego pytanie wykreowało przed moimi oczami twarz Uchihy, kiedy czynił dokładnie to samo.
 - Co z wami?! – Pokonała mnie męska ujma. Czułam się zobligowana zrugać go za tę taktykę. Odsunąwszy się od Rena, splotłam ręce na plecach, dreptając tam i z powrotem po wyznaczonym odcinku trasy.  – Odkąd to facet ma czelność pytać kobietę o zgodę na pocałunek?! Do jasnej cholery!
 - Wystarczyło powiedzieć „nie”. – Ren się nabzdyczył. Łatwo do tego doszłam przez skrzyżowanie na piersiach ramiona i urocze rumieńce, które zabarwiły jego policzki.
- Nauczcie się wreszcie, że tego rodzaju czynności robi się pod wpływem impulsu! - Stanęłam w lekkim rozkroku, celując w niego palcem, jakbym w rzeczywistości dzierżyła zabójczą spluwę. - To nadaje chwili więcej… uroku, rozkoszy. O! Pozwól, że przytoczę twoje porównanie. Pytać się o pocałunek, to jakby pytać o zgodę na narodziny.
Ren skrzywił się krytycznie.
 - To, co powiedziałaś nie ma sensu.
 - Dla mnie ma.
 - I właśnie dlatego brzmi to jak dyrdymały.
 - Hej! – Pogroziłam mu zwiniętą w piąstkę dłonią. Ren zaniósł się śmiechem, którego szczerość ostatni raz wykryłam pod bramami Konohy. To zjawisko sprawiło, że na parę chwil zapomniał o moim zbulwersowaniu. Obserwowałam go z fascynacją i nieśmiało wyłażącą na wierzch tęsknotą.
A oczy znów mi się zaszkliły.
 - Ren, ty idioto! – Podciągnęłam barki i przygryzłam drżącą wargę.
Ren prawdopodobnie już przywykł do mojej nieobliczalności, bo nie wywarłam na nim wrażenia tym nagłym ujściem emocjonalnym. Uśmiechał się tylko pod nosem, zniwelował dzielący nas dystans i położył ręce na mojej talii.
 - Będzie mi ciebie brakować. 
 - Znowu nie wiem co robić. Powstrzymywanie cię jest złe, ale zgoda na rozstanie bez poruszenia również wydaje się być nieodpowiednia – wydusiłam z siebie w przerwach między chlipnięciami.
Wtedy mój przyjaciel raz jeszcze przekroczył granicę wyznaczoną dla jego pozycji w hierarchi. Wzdrygnęłam się, kiedy delikatnie objął moją szyję, więżąc jednocześnie pukle włosów.
 - A zatem pożegnaj mnie z poruszeniem.
 - Nie pocałuję cię – warknęłam.
 - Wspomniałem ci już kiedyś o tym, jak to należy wypić butelkę sake przed odwykiem. Na zapas – drążył.
 - Wspomniałeś, ale…
 - Zastosuję twoje rady. Nie będę pytać o zgodę.
Generalnie nie posądzałam Rena o przejawy brutalności, dlatego też, w najlepszym razie, spodziewałam się złożenia krótkiego pocałunku na ustach. A jednak! Upór tkwiący w jego tonie był złowróżbny i niepokojący. Spróbowałam odepchnąć przyjaciela od siebie, ale ilość siły, którą włożył w przeciwstawieniu się moim staraniom, odrobinę mnie zmartwiła. Ren był barczysty i dobrze zbudowany, nie miałam cienia szansy w tymże starciu.
 - Ren, to niegrzeczne – upomniałam go.
Nadaremno.
 - Przecież wiesz jak się czuję.
 - Wiem – odparł.
 - Więc przestań.
Kanoe odrzucił moje włosy za barki i przechylił głowę w bok – była to pozycja jednoznacznie wskazująca na gotowość do pocałunku. Chciałam przewałkować jeszcze moje wcześniejsze kazanie. Mówiąc o niepotrzebnej zgodzie, nie miałam na myśli przymusów, lecz cudownego zaskoczenia. To napawało chwilę wyjątkowością, o którą się rozchodziło.
 - Nie rób tego! – Napierałam rękoma na jego tors.
I wtedy ktoś odciążył mnie od moich mordęg i zajął się resztą.
Poczułam jak tajemnicza siła szarpnięciem odbiła mnie spod uścisków Rena, tak że z ledwością zdołałam utrzymać równowagę. Kiedy mrugnęłam oczami, uprzednia czułość przyjaciela przeinaczyła się w zestawienie gniewu i osłupienia. Ujrzałam falujące kosmyki różu poderwane przez ten gwałtowny ruch. Czyjaś ręka delikatnie objęła mnie wokół pasa, a tuż nad uchem usłyszałam głos:
 - Ta dziewczyna – przemówił definitywne. – jest moja, zapamiętaj to sobie.
To niebywałe uczucie najwyraźniej uskrzydliło moje serce. Nawet w uszach słyszałam jego trzepotanie, zupełnie jak łopoty ptasich skrzydeł.  
Ten głos…
 - Sasuke! – Z niedowierzeniem ścisnęłam oburącz jego przedramię. Poza tym na plecach, którymi teoretycznie powinnam przylegać do jego torsu odczułam dziwną niezgodność – spore wybrzuszenie, a przecież nie powinno go tam być. 
Z wybałuszonymi oczami powoli przechyliłam głowę w tył.
Moje serce niemalże wyrwało się z piersi, a niech to diabli!


Od autorki: Ciąg dalszy w Epilogu. Tak, nie zamierzam zrobić z niego pospolitego tekstu, który zaczyna się wtrąceniem: „Trzy lata później”. Nie! Rozplanowałam już w głowie jego przebieg, także tego, przygotujcie się! (XD)
Ten rozdział ciągle jakoś mi nie podchodził, dlatego napisałam chyba z trzy jego wersje. Ta była ostateczna i, według mnie, najlepsza. Parę razy straciłam zapał, ale tu winą obarczam szkołę.
Konkursik zakończony. Ehem, liczbę zgłoszeń i nagrody ujawnię pod Epilogiem. Na razie żyjcie sobie w niewiedzy, zresztą i tak niewielu będzie to przeszkadzało ;>
Trzymta się! Komentarze mile widziane! I potrzebne!
Wybaczcie błędy. Sokolego oka to ja niestety nie posiadam.


28 komentarzy:

  1. KYAAA !!! Akemi jesteś WSPANIAŁA !!! Ten rozdział był cudny :D :D O, kurcze... Nie wiem co mam powiedzieć ^^" to czyste zło z mojej strony ! Podobała mi się niespodzianka dla Sasuke ale wiesz co ? Jakimś przeczuciem wiedziałam, że pokażą mu narodziny Satoshi'ego :D I nie myliłam się :D :D Pożegnanie z Renem było prawie idealne( w sensie takim, że zostało przerwane przez Uchihę ) i tu znowu mój przejaw przewidywalności ... Pojawia się Sasuke :D :D Oł yeah :D Wiedziałam, że tak się stanie :D Ciekawe czy tym wybrzuszeniem na plecach Sasuke, był nasz stary, dobry przyjaciel Akashi ? Tak mi się wydaje :) Kochana, nie mogę uwierzyć, że Ai no ibuki zmierza ku końcowi. Trudno będzie się rozstać z tym opowiadaniem. Z wielką cierpliwością będę czekała na Epilog. Boshe jak ja nie znoszę tego słowa ! No nic kochana. Przesyłam buziaczki i gorące pozdrowienia :) :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wielkie arigatou, myszko! ♥
      Mnie też trudno uwierzyć, że niedługo koniec, tym bardziej, że pamiętam jak zasiadałam do Prologu. Ale no! Nic nie trwa wiecznie. Przynajmniej będę miała następny zakończony blog na koncie XD, czekam też na moje zwycięskie westchnięcie po opublikowaniu Epilogu XD
      Dziękuję za komentarz i również pozdrawiam ;*

      Usuń
  2. OSTRZEŻENIE : Komentarz może być odrobinę (czytaj: bardzo) chaotyczny, bo pisze go osoba z 39 stopniami gorączki (xD)
    Konichiwa, Akemii-chan ^.^ Chyba pisałam to już kilka razy na Twoim blogu, no ale cóż, skoro to czysta prawda: ROZDZIAŁ ŚWIETNY, CUDOWNY, WSPANIAŁY! Ale świadomość, że ostatni, a po nim nastąpi epilog jest przygnębiająca. Wszystko co dobre dobiega końca, mawiają ;)
    Aa! To dlatego tytuł "3 metamorfozy"! Bo ja tak czytam i szukam tych zmian...A tu chodzi o trzy podejścia. Nie wpadłabym na to ^^
    Szczerze przyznam, że najbardziej wzruszające było zdanie Ren'a - "Oto niszczycielska siła ludzkiej miłości (...) Niszczy nas gdy jest i gdy jej nie ma.". Skojarzyło mi się z Delirium. Przyznaj, że przy tym momencie czerpałaś z niego inspiracje xD !
    No i końcówka - powala na kolana! Naprawdę! Jak jakimś w filmie akcji, gdy nieoczekiwanie pojawia się dobry bohater i ratuje swoją ukochaną przed perfidnymi łapami (w tym wypadku ustami)tego złego! No i słowa : "Ta dziewczyna jest moja" Ach, Sasuke i jego nieugiętość :3
    Ale najbardziej niepojęte jest to, że chyba w pierwszym rozdziale, Sakura mogła się go bać, ponieważ próbował ją zabić. A potem kilka miesięcy później uprawiają ze sobą dziki seks w jaskini xD Boże! Masashi'owy Sasuke nieźle by się zdziwił gdyby istniał, ha!
    Wniosek: Akemii, nie wiem co siedzi w Twojej głowie, ale powiem (napiszę) jedno - niech siedzi tam dalej! xD
    A do do konkursu...Ekhem, nie wypowiadam się xD
    A mam pytanie: czy najpierw możemy spodziewać się rozdziału na GAT, a potem dopiero Epilogu, czy na odwrót?
    Życzę sekstylionu weny! (było w podręczniku od matmy, to 10 do wielkiej potęgi xD)
    P.S - Tak, wiem mam spaczony umysł xD
    POZDRAWIAM ♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. GAT miał taki zastój, że najrozsądniej byłoby trochę to wynagrodzić czytelnikom. Planuję zatem najpierw napisać rozdział piąty, a później zająć się Epilogiem.
      Osz kurde, dobrze ci się skojarzyło! XD Fragment jak najbardziej zaczerpnięty z Delirium - ta książka jest dla mnie wyjątkowa i często do niej wracam ;)

      W komentarzu chaos, przed którym przestrzegałaś jest w ogóle niewidoczny xD. Rany julek, jeżeli chwyciła cię gorączka to życzę szybkiego powrotu do zdrowia - pij dużo Actimela XD

      Dziękuję za wsparcie i także ślę pozdrowienia <3

      Usuń
    2. Oj tak Delirium powala! Jak tylko przeczytam "Wywiad z wampirem" i "Przygody Sherlocka Holmesa' to biorę się za drugą część, bo od 2 tygodni stoi na półce ^^
      No, to już nie mogę doczekać się GAT, bo akcja się rozkręca, a sam tytuł pokazuje, że będzie się działo *.*
      Coś ty! Ten komentarz...Boże, brak mi słów, chyba jak go pisałąm podskoczyło mi do 42 stopni, pisałam co mi na język przyniesie.
      Dziękuję za radę z Actimelem ;*
      Pozdrawiam gorąco :))

      Usuń
  3. A niech to szlag. Następny to epilog, nieee T^T
    Ta historia jest taka świetna, że aż trudno się z nią pożegnać.

    Końcówka jest świetna. Taka... tajemnicza. A takie lubię najbardziej, bo najbardziej intrygują :3

    Cały rozdział był wciągający, czytałam go z wielką chęcią ^^

    Z niecierpliwością czekam na epilog, choć jednocześnie jeszcze go nie chcę >.<
    Pozdrawiam! ;)

    http://meaning-of-life-okeyla.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  4. No co tu dużo pisać..
    CZEKAM NA TWOJĄ KSIĄŻKĘ!!! XD

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie mogę uwierzyć, że kolejny rozdział to już epilog. Jak ten czas szybko ucieka, jednak wiem, że wszystko co dobre kiedyś musi się skończyć.
    Rozdział wciągnął mnie, bardzo przypadł mi do gustu ;)
    Końcówka jest tajemnicza, przez co nie mogę doczekać się kolejnego rozdziału, ale z drugiej strony jakoś go nie chcę bo przecież to epilog.

    Jeśli kiedyś napiszesz książkę , przeczytam ją na pewno;)

    Pozdrawiam;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie ma to jak wrócić po biwaku klasowym, usiąść z herbatką w rączkach i Ai no ibuki na lapku. :3

    Nie mogę przetrawić, że niedługo epilog. I nie będzie już tej wersji Sakury i Sasuke, nie dowiem się jak im się życie potoczy. :C

    Nie planujesz kiedyś jakiejś notki napisać o tym, co będzie za kilka lat? :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak naprawdę wymyśliłam sobie, że po Ai no Ibuki zrobię krótką serię (około siedem rozdziałów), gdzie zajęłabym się ich przyszłym życiem. Mam na to mnóstwo pomysłów, ze względu na to, że kiedyś planowałam stworzyć drugą serię ANI. Nie wiem jednak czy to zrealizuję. Wszystko będzie zależało od wolnego czasu.

      Usuń
  7. Szczerze mówiąc *chlip,clip* jeszcze nie epilog a już się popłakałam, no! Co ze mną? ;< Powinnam być twarda, ale nie mogę.
    Kiedy Sasuke zastanawiał się w jaki dzień Satoshi ma urodziny, już wiedziałam na co go prowadzą, a jeszcze zwój i technika - to już wiedziałam w 100 %, że to co Sasuke zobaczy to narodziny Satoshiego.
    Rozdział był spokojny, pełen uczuć, melancholijny *chlip,chlip*
    Aż pisząc ten komentarz nadal chce mi się płakać. Jakoś nie chce uwierzyć, że to koniec ANI. I pomyśleć, że już niedługo epilog. I co ja zrobię ze swoim marnym życiem kiedy już nie będzie tego opowiadania?
    Nie dość, że ostatnio chodzę przygnębiona, to jeszcze mnie to dobija. Za bardzo się przywiązałam do Ai No Ibuki. *idzie po chusteczki*
    Żal mi Rena, naprawdę... Nie lubiłam go, ale tym rozdziałem sprawiłaś, że w moim sercu znalazł się cień sympatii dla niego. Szczerze mówiąc, sama bym nie chciała by odchodził. Tak jakoś pusto... Bardzo pusto bez niego będzie.
    Po za tym po raz pierwszy chciałam, żeby naprawdę się pocałowali ;O To akurat u mnie dziwne, ale chciałam tego, szkoda jednak, że Sasuke im przerwał.. Bywa xD
    Narodziny Satoshiego były bardzo rozczulające, aż czuć było te emocje Sasuke, jak w nim narastały. A jednocześnie, ten żal Rena, kiedy oglądał "rzekomo" swoje dziecko. Ogólnie ta scena bardzo mnie urzekła. A rozdział był.. albo inaczej. Ten rozdział zapadnie na długo, długo w mojej pamięci.
    Niby nie mogłam się doczekać zakończenia tej historii. W końcu tak wciągała, że się teraz odczepić od niej nie można - w pozytywnym znaczeniu oczywiście. A teraz... smutno mi. To nie tak, że nie chce zakończenia, ale .. to cholerne przywiązanie, kurde! ;(
    Dobrze, że jest jeszcze zakładka "Cytaty", bo mogę sobie poczytać niektóre wypowiedzi Akashiego i od razu już uśmiech pojawia się na twarzy, jednak to nie to samo.. nie to samo.
    Nadal płaczę jak głupia, a to jeszcze nie koniec. Ale w sumie wszystko co dobre szybko się kończy. Choć w tym przypadku, aż za szybko. Chociaż ANI trwało już hohoho, to jednak minęło to szybko.
    A na końcu zostanie pustka, ta cholerna pustka, która wyżera człowieka od środka, a człowiek biedny nie wie co z sobą zrobić - Właśnie tak się teraz czuję, a jeszcze bardziej to będę czuć na epilogu.
    Nie wiem co jeszcze mogę napisać. Na prawdę nie wiem. Za dużo tej pustki i za dużo łez.
    Będę umierać z tęsknoty za tym opowiadaniem.

    Teraz tylko wyczekiwać epilogu.
    Pozdrawiam i życzę wielkiej ilości weny! *chlip, chlip*
    Chciałabym coś jeszcze napisać, ale nie mam pojęcia co. Wybacz, zbyt dużo emocji.
    ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Kocham, kocham i tak mi smutno, że już się kończy. Ten ostatni tekst Sasuke chodzi mi po głowie od publikacji... w szkole, w domu, w autobusie. Ach! Tyle emocji!! Mam nadzieje, że te plany o II serii zostaną zrealizowane^^ Trzymaj się cieplutko! <3<3<3
    Aa.

    OdpowiedzUsuń
  9. Witam. Nie wiem czy mnie pamiętasz, no w sumie na pewno nie, bo wiele masz czytelników i niejedna nazwa czy nick przewinęły się przez Twoje oczy. Dlatego pozostanę anonimowa, ale muszę powiedzieć Ci coś, co od dawna chciałam Ci powiedzieć. Byłam z Tobą od początku Secret-of -happiness. Dotrwałam do końca, do epilogu. Ten blog czytałam do 11 rozdziału, a potem nie wiedząc czemu, porzuciłam. Odwiedzałam Twojego bloga regularnie, a jakoś nigdy nie miałam odwagi się zabrać za czytanie całego rozdziału. Czytałam urywkami i muszę Ci powiedzieć coś.
    Kochana masz talent. Nawet nie wiesz jak ci zazdroszczę takiego luźnego i wspaniałego stylu pisania, wyjątkowego i niepowtarzalnego, swojego! Przyznam się szczerze, jesteś dla mnie ogromnym wzorem i bardzo chciałabym pisać kiedyś jak ty.
    Jest mi zarazem smutno, bo nadchodzi epilog, a ja nie będę mogła tego skomentować, bo z lenistwa prawdopodobnie porzuciłam tak wspaniałe opowiadanie. Na pewno do niego wrócę, a wtedy go niejednokrotnie skomentuję. Muszę znaleźć tylko chęci. :)
    Ale chcę Ci życzyć weny i masy pomysłów na inne blogi.
    Podziwiam Cię z całego serca! :)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja wiem czemu porzuciłaś. Początek był nudny jak flaki z olejem i do teraz pluję sobie w brodę, że tak go rozplanowałam. So true.
      No! To zachęcam do powrotu. Jestem ciekawa twojej reakcji na dalsze wydarzenia. I tym bardziej dziękuję za komentarz.

      Usuń
  10. Hmpf!
    A ja za karę nic ci tu ładnego nie napisze!
    I ty dobrze wiesz czemu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Phi, już cię zdążyłam udobruchać.

      Usuń
  11. Jeju no, Akemii, może Ci to się już trochę znudziło, czytanie tych wszystkich pochlebnych komentarzy i "słodzenia", ale uwierz, że to nic innego, tylko sama prawda. Już zostało nam tylko czekać na epilog, co napawa mnie smutkiem. Tak, smutkiem. Strasznie żałuję, że to już koniec przygody z ANI. Oczywiście, zostaje jeszcze Twój drugi blog, ale on też się kiedyś skończy. Skończy i może przestaniesz już dostarczać nam przyjemności swoją twórczością ;/ A to by było straszne i nie do zniesienia. Więc mam nadzieję, że nie zakończysz na Get Around This i dalej będziesz nalewała radość do serc czytelników xD
    A co do rozdziału - nadal nie lubię Ren'a ;/ Niby wszystko robił dla dobra przyjaciółki, cierpiał, bo ją kochał, ale jednak...
    Cieszę się, że Madara tutaj zainterweniował i sprawił, że Sakurę i Sasuke połączyło ogromne uczucie.
    Ren się spóźnił z wyznaniem, trudno. Ale jak chciał ją pocałować, to moja reakcja była oczywista, mianowicie: NIE CAŁUJ JEJ, NIE CAŁUJ, NIE CAŁUJ, NIE NIE NIE!
    I przyszedł Sasuke, i bardzo dobrze <3
    A to z porodem było taaaaaaaaaaaaaaaaaaakie słodkie. Ubóstwiam Akashiego normalnie. Nie dość, że jego teksty powalają, to ma cudowną osobowość ^^
    No nic, lecę nadrabiać te rozdziały z wakacji na GAT, bo nie ogarnęłam, że wgl są o.o
    Tak więc, życzę wszystkiego dobrego :3

    OdpowiedzUsuń
  12. No nie mogę ! Rozdział był wprost idealny :) Nie ma co tu dużo mówić, pozazdrościć talentu :D Jesteś genialna ! Czekam... Szkoda że na ostatni rozdział :(
    Całuję :*

    OdpowiedzUsuń
  13. Ejejej, serio koniec? Nadal nie mogę sobie tego wyobrazić.
    Cieszę się, że Sakura wybaczyła Hinacie i Naruto. :) Najwyższa pora.
    Mam wrażenie, że Ino bardzo się zmieniła. Nawet troszeczkę ją polubiłam. Ciekawe kim jest ten jej wielbiciel. xd
    Prze z chwilę bałam się, że Sakura ulegnie i pocałuje Rena. Na szczęście pojawił się mój kochany Sasuke. Mam nadzieje tylko, ze nie zrobi mu nic zlego. W gruncie rzeczy trochę szkoda chłopaka.
    Jak ja kocham Akashiego. Jest taki uroczy.. no i pomógł Sasuke jakos przejsc przez ta podroz w czasie. <3
    Czekam na epilog, mam nadzieję, ze wszytko szczesliwie sie zakończy. Ai no ibuki na pewno zostanie w mej pamieci na bardzo, bardzo długo. Co by nie mówić, mój ulubiony blog.
    Pozdrawiam Cię cieplutko i ślę buziaki. :*:*

    OdpowiedzUsuń
  14. No, kochana! Mówiłam, że nadrobię? Mówiłam! A nie skomentowałam tylko i wyłącznie dlatego, że czytałam z komórki, wybacz! :c
    Rozdziaał... Ty wiesz, czego się spodziewać po moich opiniach. Uwielbiam Twoje blogi i rozpływam się, kiedy czytam Twoje kolejne rozdziały. Żal mi, że Ai no Ibuki się już kończy, chociaż wiem, że pozostanie w moim serduszku i będziesz mnie pocieszać Get Around This.
    Cóż, nie spodziewałam się, że Sasuke będzie przy porodzie Satoshiego, chociaż tylko duchowo, ale nadal był, haha!
    Ren... nie lubię go i koniec kropka. Od początku go nie trawiłam, będę bronić się rękoma i nogami przed zmianą zdania, a końcówka rozdziału mnie tylko w tym utwierdza.
    Rycerz na białym koniu - Sasuke Uchiha wkracza do akcji! Soł, soł romantic! Pomimo faktu lekkiego podniecenia, ale jednak, hahah!
    No cóż, wracam na GG, bo Ci tam jeszcze nie odpisałam i przesyłam buziaki! <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahaha, dziękuję, że odpisałaś! <3
      Właśnie omawiamy życiowe problemy, jak to super byłoby gdyby podczas spania pomysły przerabiały się na rozdziały. Najs.
      Dobra, teraz ja pędzę ci odpisać xd

      Arigatou za komentarz!

      Usuń
  15. Pierwsze co pomyślałam : Bardzo żałuję, że nie znalazłam tego wspaniałego bloga wcześniej tylko praktycznie pod koniec tej historii. Właśnie KONIEC :( Nie mogę uwierzyć, że kolejnym rozdziałem będzie epilog :( :(
    Wspaniale piszesz, a w szczególności opisujesz uczucia bohaterów. Czytając kolejne rozdziały przeżywałam razem z Sasuke i Sakura ich historię. Bardzo spodobały mi się ich charaktery :) Miło było czytać o Sasuke, który już nie żyje chęcią zemsty, lecz razem z bratem zaczyna układać swoje życie na nowo!! Właśnie Itachi!! Jego postać jest genialna (jestem jego fanką) !!! A jego relacje z bratem są opisane w sposób bardzo naturalny. Rzadko gdzie spotkałam się, gdzie było to tak świetnie opisane. Moment kiedy Itachi przytula Sasuke po powrocie z podróży w czasie <3
    Napisałaś genialną i orginalną historię, która na pewno przeczytam sobie jeszcze raz :) :)
    Na pewno będę tez czytać kolejne Twoje blogi !!! I starać się pisać komentarze, choć te mogą być opóźnione, ponieważ często mi nie wyświetla, że został dodany nowy rozdział :( :(
    Pozdrawiam :** I życzę żeby wena Ciebie nigdy, przenigdy nie opuściła !!

    OdpowiedzUsuń
  16. Dobra! W końcu zabieram się za komentowanie!
    ,,Gdy tylko padł temat Itachiego, Ino w mig postanowiła to wykorzystać. Gawędziła z Hinatą, wspominając pierwsze jego sugestie o pozmywaniu nauczyć. " - pozmywaniu naczyń :)
    Fragment Sakury - świetny. I zgadzam się z Kirą, może i masz dosyć słodzenia, ale wszystko to, co tutaj piszemy jest prawdą. Ja, kochająca czytać książki, porzucam je dla Ciebie, bo w porównaniu do Twojego stylu pisania, one są niczym ciekawym. Serio.
    Chciałaś wydać książkę, prawda? A więc wydawaj - kupię, choćby nie wiem ile kosztowała :)

    Ah, no i co się stało z Akashi'm? On jak to on, nie będzie się spowiadał z tego co robi, ale mimo wszystko. Btw, dlaczego ja mam takie dziwne uczucie, że nasz kociak będzie chciał wrócić do rodzimego kraju? Proszę, powiedz, że to tylko durne przypuszczenia!

    Ooo! Jakiś spisem a'la Naruto-Itachi-Akashi? Jest moc, nie powiem xD Ale tak serio, to cholernie mnie interesuje co Sasuke zobaczy. Zgodzę się z nim, że to raczej nie będzie chwila poczęcia. W ogóle, Uchiha zrobił się teraz taki słodki <3 To jak się zamartwiał, że nie zna daty urodzin syna, no nic dodać nic ująć :3

    ,, - Ten chłopak kocha się ponad wszystko! – wołała Hinata, ja natomiast stałam już na biegnącym w dwie strony trakcie dzielnicy Awayaki. – Byłaś pierwszą osobą, którą poznał po przybyciu do wioski. Byłaś mu najdroższa, gry utracił rodzinę. Pokochał cię, Sakura! Może z początku trzymał się ciebie jak pierwszej znajomości, ale potem zwykła chęć przetrwania w nowym otoczeniu przeobraziła się w miłość!"
    No to tutaj mamy dwie literóweczki xD
    Kocha CIĘ ponad wszystko i mu najdroższa GDY utracił rodzinę :)

    Nie! No proszę Cię, nie! Powiedz, że nie zrobisz jakiegoś miłosnego trójkącika bermudzkiego ;-; Hinata, po co gadałaś? Gdyby nie to, Sakura nie miałaby żadnych wątpliwości, a wszystko było by piękne, ładne i wspaniałe, ehh... Dobra, czytam dalej xD

    Ojej! No lepiej tego wymyślić nie mogłaś! To chyba jeden z najpiękniejszych fragmentów, jakie napisałaś, droga Akemii. Sasuke w końcu będzie mógł odhaczyć jeden punkt na liście ,,Co robi dobry, normalny ojciec". Zostają jeszcze pierwsze kroczki, pierwszy ząb i pierwsze słowo (y) xD

    ,,Kuźwa. I wykrakał, drań!" - oż Ty w życiu! Pierwszy prawie-wulgaryzm w tym opowiadaniu! Ej, ej, ej! To Shee tak na Ciebie wpływa, co? xD

    Nooo... Rozmowa Ren-Sakura była ciekawa, aczkolwiek mnie nie wzruszyła, bo nie lubię Ren'a (y). Natomiast sądzę, że Haruno będzie teraz się winiła za to, że pokochała Sasuke, a później będzie żałowała tego, że pomyślała o tym, co przed chwilą napisałam. Taki tam niekończący się cykl xD
    I mimo tego wszystkiego... Nadal nie lubię Ren'a xDDD

    ,, - Sakura jest moja. Mam prawo obserwować.
    - Obserwować karmienie czy kobiece piersi? – prychnął." Moment tego dialogu rozpierdzielił mnie na części pierwsze xDD Sasek, głodnemu chleb na myśli xD

    O! I kolejny cytat:
    ,, - To nie zmienia faktu, że nie widziałeś jej nago – palnął.
    - Widziałem.
    - Ale o tym zapomniałeś. Ren przynajmniej udawał, że widział, a ty wyrzuciłeś ten moment z pamięci. Sam już nie wiem, który z was jest większym krety… " Akashi powiedział, że Sakura i Ren są udani. O nie, nie, nie! Proszę państwa! Akashi jest najbardziej udaną istotą o jakiej słyszałam! Jest wyżej w hierarchii niż Sasuke, a to już coś <3
    A właśnie! Uchiha w końcu docenił naszego kocurka :3 I chwała mu za to xD

    Ha! A mi Rena nie szkoda, ka-bum-tss xD No i cieszę się, że do pocałunku nie doszło... I ogólnie Haruno-poetka rozwaliła mi system xD I to, jak się rozzłościła, gdy Kanoe zapytał o pozwolenie xD EPICKIE!
    I wiem, że to wybrzuszenie to Satoshi, chociaż pierwsza moja myśl brzmiała: ,,O cholera, Sasuke jest w ciąży" xDDDDDDD

    To chyba mój najdłuższy komentarz na tym blogu i nie wiem, czy mam się chwalić, czy żalić... ;____;
    Tak czy inaczej, wiedz, że ten blog pozostanie na długo w mojej pamięci, tak samo jak SOH, aleee! Sentymenty zostawię na epilog xD
    Pozdrawiam ;*

    OdpowiedzUsuń
  17. Co to za muzyka w tle *.* ?

    OdpowiedzUsuń
  18. Hej! To mój pierwszy komentarz na Twoim blogu. Odkryłam go na początku września i pochłonęłam w jak najszybszym tempie- na tyle i ile było to możliwe. I dopiero teraz dodaje komentarz, pod koniec miesiąca. Wiem, nieładnie z mojej strony, ale miałam wrażenie, że skomentowałam ten albo Twój poprzedni rozdział (który był wtedy aktualny). Możliwe, że zaczęłam pisać komentarz, a potem ktoś mi przerwał. Dzisiaj chcąc sprawdzić, czy pojawił się epilog, zobaczyłam, że tak się nie stało (mam na myśli niedodanie komentarza). Dlatego, przepraszam i nadrabiam.
    Zacznę od tego, że historia niebanalna. Sasuke wrócił do wioski z Itachim. Jednak w niewielu opowiadaniach albo w żadnych nie spotkałam się z tym, że Uchicha wrócił, do tego z żywym bratem, do Konohy.
    W fajny sposób wykreowałaś Itachiego- takiego go uwielbiam. Jest pokazany jako zwykły człowiek, wzorowy brat, mieszkający sobie w spokojnej dzielnicy wioski. Lubię jego poczucie humoru i jego ciepłe podejście do innych ludzi. Świetne jest także to, że potrafi użyć swojego nieprzeciętnego umysłu, gdy inni tego potrzebują. Chociażby, aby pomóc Sasuke rozwikłać zagadkę związaną z Kyori.
    Cały przemyślany wątek z Tankyori no Jutsu po prostu genialny! Dopracowałaś go od ogółu do szczegółu (lub na odwrót, grunt, że dobrze ;P). Dzięki temu nie potknęłaś się ani razu, na wymyślonej przez siebie technice, w ciągu opowiadania. Mało komu udaje się wymyślić technikę, a co dopiero ubrać ją w logiczną całość w opowiadaniu. Za to Cię podziwiam.
    Oczywiście Twojego bloga odnalazłam, ponieważ uwielbiam parę SasuSaku. Nie ukrywam, jestem zadowolona, że go przeczytałam. Początkowa niechęć Sakury do Sasuke trochę mnie zdziwiła, jednak potem wszystko zaczęło się rozjaśniać, chociaż doszła cała intryga przeciwko tej dwójce. Nie było rozdziału, po którym nie zadawałabym sobie pytań: dlaczego? jak? itd., które nakłaniały mnie do czytania dalszych losów głównych bohaterów. Ich wspólne przygody, stopniowe odkrywanie tajemnicy i zbliżanie się do siebie... Naprawdę ujęłaś to najlepiej jak można było. Świetnie się czytało opisy uczuć i ogólne przemyślenia bohaterów, które stworzyłaś. Oczywiście pięknie pokazałaś zmiany jakie zaszły w psychice bohaterów. Szczególnie Sakury, jako głównej bohaterki, zaczynając od nieporadnej matki, przechodząc do kolejnych etapów.
    Ren. Szczerze nie wiem, co dokładnie czuję do tej postaci. Na początku go nie lubiłam, potem ze wspomnień Sakury stwierdziłam, że był całkiem w porządku, a potem... Nawet nie umiem powiedzieć, czy dobrze postąpił biorąc na siebie brzemię. Wkurzyło mnie jego zachowanie w tym rozdziale- to, że chciał pocałować Sakurę, chociaż ta tego w ostateczności nie chciała. Jednakże moment, w którym Sakura zwierzyła mu się, że gdyby te kilka miesięcy wcześniej wyznałby jej miłość, to odpowiedziałaby mu twierdząco, naprawdę mnie wzruszył i chciało mi się trochę płakać. Biedny Ren, poczuł pewnie jeszcze mocniej jak świat mu się zawalił.
    Bardzo polubiłam (jak wszyscy) Akashiego. Przesympatyczna postać! Obłędne są jego kłótnie z Sasuke, z resztą wszystko co robi zawiera w sobie humor i pewnego rodzaju optymizm. Jego pomysł, aby pokazać Sasuke narodziny Satoshiego był znakomity. Mam wrażenie, że Sakura i Sasuke spotkali go w wersji ludzkiej. Myślę o momencie, gdy aktywowano na nich Kyori, a wtedy do sali wszedł jakiś chłopiec, oczywiście mówię o wydarzeniach widzianych podczas Shirizoku.
    Gratuluję tekstów, które potrafią rozwalać podczas czytania. Dużo ich było, dlatego cieszę się, że ktoś podsunął Ci pomysł i pomógł stworzyć dział z cytatami.
    Lubię Twój styl pisania, podoba mi się to, że rozdziały są długie- można się w nich zatopić i oderwać na jakiś czas od rzeczywistości.
    Żałuję, że nie dane było mi komentować Twojego bloga od początku, ale cieszę się, że załapałam się chociażby na końcówkę. Mam nadzieję, że mój komentarz jest w miarę składny- bo jednak inaczej komentuje się całość niż tylko jeden rozdział. Czekam na epilog. Pozdrawiam i weny życzę! :)


    OdpowiedzUsuń
  19. uwielbiam CIĘ i twojego bloga, całość od początku do tego rozdziału z tydzień czytałam no ale i tak cieszę się że notki są takie długie , pozdrawiam i czekam na nexta

    OdpowiedzUsuń
  20. Nadszedł sąd ostateczny (o matko, jak to patycznie brzmi). Więc tak: jak wiadomo kij ma dwa końce i coś jest super ekstra, a coś jest do d*py. Zaczynając od początku. Itaś i Sasuke wracają do Konohy już nie jako assassini, a jako prawi oraz (a jakżeby inaczej) honorowi mieszkańcy Konohy (aha?). Fajnie, że Itaś (jak i w większości opowiadań) sobie żyje, a co tam błędy merytoryczne... ja piernicze.... (nie chcę użyć innego słowa). Chociaż mnie osobiście nawet dobrze (O.o) czyta się opowiadania, gdzie Itachi egzystuje na ziemi wbrew narzuconej nam (niestety) woli pana Kishimoto. Dobra, wiem jak to brzmi, ale cóż poradzić na to, że lubię Itasia tak, że przymykam oko na to, że ta postać została uśmiercona? I tu właśnie znajduje się pierwszy plus, choć zdobyty w zupełności nieświadomie. Dalej. Sakura z jakiejś paczki początkowo boi się Sasuke. Okej, chciał ją zabić, ale... no właśnie. To jest SAKURA, a nie jakaś tam cizia mizia, która wiecznie będzie się chowała po kątach, bo ktoś jej omal nie zabił. W późniejszych rozdziałach niestety jej wizerunek nie ulega wyraźniej zmianie, choć plusem jest, że wyszła z cienia i nie boi się Sasuke. Po za tym wykreowałaś Sakurę na Matkę Polkę.... Cudownie. Całość opowiadania jest przekomiczna, co może w pewnym sensie jest dobre, przynajmniej się można było trochę pośmiać. Sposób w jaki opisujesz (cokolwiek) jest prymitywny i trywialny i bardzo tego na przyszłość nie polecam. Zadowalające jest to, że Satoshi okazał się być synem Sasuke, a nie tego z d*py wyjętego Rena. Kiedyś (kiedy byłaś w trakcie pisania początkowych rozdziałów) wspomniałaś mi, że polubię później z pewnych przyczyn. Cóż, przykro mi, że tak się nie stało. Pominę fragmenty z przeszłością Sasusaku, aczkolwiek spodobało mi się to, jak opisałaś tą hmmm.... podróż w czasie. Co do ogółu bohaterów: Stworzyłaś idealnie nieudane kopie. Wiadomo, oryginał jest jeden, ale to nie oznacza, że możemy z czyjegoś utworu zapożyczyć postaci i świat. A jeżeli już chcemy napisać o nich wymyśloną przez siebie historię, to nie zapominajmy o tym, iż należałoby trzymać się wytycznych, min. pierwotne ( i broń Boże niezmienne!) cechy charakteru. Co do samego świata, owszem, zdarza się tak, że w opowiadaniu jest świat rzeczywisty, ale wtedy cała reszta musi być stricte senso adekwatna do przedstawianych postaci, no nie licząc tego, że owe postaci mogą mieć ponadnaturalną siłę, wtedy należytym byłoby kulturalne pominięcie tego faktu. Wracając do twojego opowiadania. Nie jest najgorsze, ale nie jest też mega super. W skali od 1 do dziesięć daję 7. Widać, że potrafisz kombinować, masz wybujałą fantazję i wiele pomysłów. A co do błędów (nie tylko tych ortograficznych) one są i przytrafiają się multum ludziom. Muszę jeszcze dodać słówko na temat tempa akcji - za szybkie na początku, dlatego się tak przyczepiłam tego powrotu na tarczy obu braci, powinnaś była bardziej rozwinąć tamtą akcję. Na koniec, nie obraź się, sorry za mą gdzieniegdzie przykrą wiązankę. Nie poradzę nic na to, że opisuję rzeczy takimi, jakie je widzę.
    Reasumując: opowiadanie przednie, banalne, z humorem, z nader liczną ilością błędów.
    Mam nadzieję, że się nie obraziłaś na mnie, bo nie o to tu chodzi.
    Pozdrawiam,
    Hattori.

    OdpowiedzUsuń